Wsie wokół Bolesławca to "mała Jugosławia" - polscy reemigranci z Bośni przywieźli na Dolny Śląsk bałkańską muzykę i kuchnię. 


Kresowiacy, Łemkowie, przybysze z centralnej Polski - z nimi kojarzy się Dolny Śląsk. Znacznie rzadziej z "Jugosłowianami", którzy także osiedli tu po wojnie. To potomkowie Polaków, którzy pod koniec XIX wieku wyjeżdżali do Bośni. Kiedy Habsburgowie rozpoczęli zasiedlanie tamtejszych terenów, Polacy z przeludnionych, ubogich wsi galicyjskich ruszyli na południe. Każda rodzina dostała w Bośni kawałek lasu, który mogła sobie wykarczować. Kilkanaście tysięcy polskich emigrantów szybko stworzyło tam swoją enklawę. Kiedy w 1946 r. wrócili do kraju, osiedli w okolicach Bolesławca. Pociągi towarowe przywiozły 16 tysięcy osób: klany Kumoszów, Kuneckich, Padewskich, Ilczynów czy Braszków. 

- Miałem wtedy dziewięć lat, tato zrobił mi na drogę buty z cielęcej skóry - opowiada Jan Łaniocha z Gościszowa. - To były moje pierwsze prawdziwe buty, każdy był inny i krzywy. 

Jego babcia osiedliła się w Bośni w 1890 roku. We wsi Martinac Novi, zwanej Nowym Martyńcem, była szkoła z czterema klasami, kuźnia, młyn, karczma, sklepy - wszystko polskie. - Bieda była jak skurczybyk. Chodziliśmy w sabotach z olchy, ojciec sam tkał len, z którego szyliśmy koszule i spodnie - wspomina pan Jan. - Z Serbami żyliśmy zgodnie. Wujek przygrywał na skrzypkach na ichnich weselach. Pamiętam, jak Serbowie piekli wtedy swoją peczenicę: pieca nawet nie mieli, tylko na środku chałupy robili palenisko i obracali prosiaka. 

- A mama piekła tam pitę, od niej się nauczyłam - wtrąca żona, Aleksandra Łaniocha. Miała dwa latka, gdy opuszczała Bośnię. Jak przez mgłę pamięta migawki: dom z wysokimi schodami, mężczyźni na stołeczkach popijający rakiję. 


Latem 1946 roku Jan Łaniocha, po dwóch tygodniach podróży z rodzicami, babcią, bratem, siostrami, koniem, dwiema krowami, świnią, pięcioma kurami i jednym kogutem, pługiem, broną, wozem, sianem oraz jarzmem do noszenia wody, wysiadł na stacji w Bolesławcu. Nigdy wcześniej nie jadł kaszy jęczmiennej, którą go wtedy poczęstowano. 

- Wszystko tu było nowe - opowiada. - Nasi nie wiedzieli, co robić z niemieckimi maszynami rolniczymi. Wymontowywali z nich silniki, przekonani, że to bomby. Byliśmy ciemni jak kury w nocy. Po raz pierwszy zobaczyłem elektryczność. Niemcy, z którymi mieszkaliśmy przez kilka miesięcy pod jednym dachem, uczyli nas, jak zapalać i gasić światło. 

- Znajomy, któremu krowa zaczęła się cielić w nocy, złapał za sierp i odciął lampę w kuchni, żeby zanieść światło do obory - wtrąca pani Aleksandra. 

Prawie cały Nowy Martyniec, ponad trzysta polskich rodzin, które wyspały się z towarowych wagonów, osiadł w Gościszowie. Zrujnowana wieś koło Nowogrodźca nie spodobała się jednak ojcu pana Jana. - Siadł pod dębem i mówi, że wraca do Bośni - opowiada syn. 

Sąsiedzi z Kresów mówili na nich "Serby", nie darzyli sympatią. Dziś we wsi mieszka już trzecie pokolenie "Jugosłowian" urodzone po wojnie. Na festynach "gościszowianki" śpiewają i galicyjskie piosenki sprzed stu lat, i te bałkańskie; i przepowiadki, które powtarzało się przy darciu pierza i łuskaniu grochu. Pan Jan, kierownik zespołu, jest niezrównany w przygotowywaniu peceenicy. Koniecznie trzeba przyjechać do Gościszowa w lipcu: od lat w drugą niedzielę miesiąca - w Święto Peceenicy - można popróbować kruchej wieprzowiny, która najpierw moczona jest w solance ("musi być tak gęsta, żeby surowe jajko nie tonęło"), potem mocno natarta czosnkiem i liściem laurowym i przez kilka godzin obracana na ogniu. 


Jeśli Bałkany - to papryka: kiszona, wekowana w occie, duszona na patelni w całości ze śmietaną albo smażona z boczkiem i cebulą. I drożdżowe zawijańce z kaszą jaglaną. Koniecznie owocowe zupy na ciepło: jabłczonka, śliwczonka i gruszczonka, zabielone śmietaną, z podanymi osobno na talerzyku ziemniakami z duszoną cebulą. Kulasza to ugotowane ziemniaki, do których jeszcze w gorącej wodzie dosypuje się mąkę i miesza, trzymając na ogniu, a na koniec dodaje skwarki. Popularna jest polenta, z okraszonej boczkiem ugotowanej kaszy kukurydzianej. 

- Kukurydzy w Bośni było pod dostatkiem. Mieliliśmy ją na żarnach i gotowaliśmy. Pyszna jest ze zsiadłym mlekiem - wspomina pan Jan. Miesiąc temu z grupą gościszowian pojechał do "swojego" Novi Martinaca w Republice Serbskiej. 

- Po naszych domach nie ma śladu, ale Serbowie pamiętali nasze nazwiska, pytali o rodziny, gościli jak swoich - opowiada, pokazując przywieziony stamtąd album z wpisem "Najdrażi moji prijateli". Na cmentarzu w Martinacu gościszowianie postawili tablicę: "Tu spoczywają Polacy, żyjący na gościnnej ziemi bośniackiej w latach 1890-1946". 

Pan Jan obszedł znajome kąty, na koniec zaszedł na wzgórze, na którym stały kiedyś kotły do pędzenia rakii. - Najpierw wrzucało się śliwki do beczek wielkich jak szafa, a po trzech tygodniach, jak się na nich kożuch zrobił, szły do kotła, pod którym trzeba było trzymać ogień - wspomina. - Młoda śliwowica leci biała, dopiero po trzech latach żółknie. Ech, to dopiero jest smak... 

Przysmak z regionu - Pita 

Poza nazwą niewiele ma wspólnego z suchym plackiem z budek z fast-foodem. Ciasto zagniecione z mąki pszennej, oleju, soli i ciepłej wody rozciąga się palcami, żeby było cienkie jak obrus. W oryginalnej wersji podaje się je doprawione solą i pieprzem. Polscy reemigranci zmienili bałkańską wytrawną wersję na polską słodką: faszerowaną twarogiem, dynią, jabłkami z cynamonem i polaną, przed zapieczeniem, śmietaną z cukrem. Rozpływa się w ustach, smakuje rewelacyjnie zwłaszcza na ciepło. Nie dziwi, że pity z Gościszowa zbierają nagrody na festynach i jarmarkach
 

Źródło: Gazeta Wyborcza Wrocław 

Aneta Augustyn