[…] nas żegnali w Nowej Gradiszce, władze jugosłowiańskie, wojskowe, 
bardzo nas ładnie pożegnali, i życzyli nam wszystkiego dobrego w ojczyźnie,
a my już nic nie chcieli od władz jugosłowiańskich, tylko w drogę, do Polski […] 



Do Polski miały wyruszyć pierwsze transporty z osadnikami. 27.03.1946 roku. 
Dzień przed wyjazdem pierwszego pociągu, odbyła się uroczystość pożegnalna
zorganizowana przez władze miejskie Prnjavora. 

Pożegnanie z Jugosławią, to tak naprawdę, pożegnania rodzin sąsiadujących ze sobą, na terenie Bośni.
Ostatni wieczór przed wyjazdem spędzano z przyjaciółmi, sąsiadami. Śmiano się, i płakano, pito alkohol, śpiewano.
Wszyscy tak naprawdę, bardzo się bali. Dla wszystkich to rozstanie coś oznaczało, jakieś zmiany w życiu,
duże lub małe, ale zawsze smutne. Strach i radość, w połączeniu ze smutkiem rozstania, to był wybuchowy ładunek ludzkich emocji. 

Moja śp. Ciocia Michalina - wspomina pani Agnieszka - opowiadała nam, jak w Bośni jeden chłopak, w wieku ok. 17 lat, był bardzo zakochany
w dziewczynie z polskiej rodziny. On był Serbem.
Razem chodzili na zabawy po wsiach, planowali małżeństwo.
Jego rodzice nie mieli nic przeciw temu. Ale rodzice dziewczyny byli chłopakowi przeciwni, no i zabronili córce pozostać w Bośni,
miała jechać z nimi, do Polski. Chłopak i dziewczyna byli zrozpaczeni. Pożegnali się przed jej wyjazdem, na zawsze.
Bali się swych rodziców i żaden z nich nie miał odwagi sprzeciwić się. 
Chłopak po wyjeździe ukochanej, upił się i powiesił. 

Natomiast mój śp. ojciec - wspomina dalej pani Agnieszka - opowiadał, że jak mieli wyjechać, to najbardziej było mu żal rozstawać się z kolegami, w jego wieku, którzy zostawali w Bośni, byli Serbami, żałował rozstania się z rodziną ze strony jego ojca, zabitego przez Niemców. 
Dziadek Petoić był partyzantem u Broz Tito, w czasie wojny zginął.
Ojciec miał wtedy 10 lat, był jeszcze dzieckiem. Przyzwyczaił się do zabaw w górach, do wypraw na pola z arbuzami u sąsiadów, w celu kradzieży tych arbuzów z bohaterską odwagą - jak to nazywał. Oczywiście w domu też miał arbuzy, ale nie były tak smaczne jak kradzione…A tu, nagle trzeba było zostawić wszystko i gdzieś daleko jechać. Ojciec opowiadał, że bardzo było mu smutno, nie chciał rozstawać się z kolegami, nie chciał rozstać się z polami sąsiadów i ich arbuzami, z zabawami i bieganiem po lasach i polach. Nigdy już nie był tak szczęśliwy.

No i w Bośni zostawała, w grobie jego matka, babcia Franciszka, która umarła na gruźlicę jeszcze przed wybuchem wojny, gdy mój ojciec miał 3 latka. Pamiętał ją doskonale. Na pogrzebie babci Franciszki jej trzyletni synek wskoczył za nią do dołu, gdzie spuszczono trumnę. Krzyczał i płakał, żeby go mama nie zostawiała, że on chce spać razem z nią. Rodzina tłumaczyła mu, że mama tylko śpi, takim snem na jaki każdy kiedyś zaśnie. Chcieli go uspokoić, by nie załamał się. Ojciec na cmentarzu przed wyjazdem do Polski, pożegnał matkę, siedział i płakał. Nigdy więcej tego grobu już nie zobaczył. Nigdy więcej, już nie odwiedził tego kraju. Ze swym ojcem pożegnał się, siedząc i płacząc przy grobie matki, jego ojciec nie miał grobu, bo zastrzelili go Niemcy w górach i ciała nie znaleziono, ale kilku widziało jego śmierć. Dziś nie ma też grobu babci Franciszki, zarosło wszystko lasem. Może to dobrze. Dusza jest ważna, a nie ciało. Ojciec i matka tak nam zawsze mówili.

Tak oto Polacy musieli rozstawać się, ze wszystkim, co kochali, co posiadali, duchowo i materialnie.
Rodziny i osoby samotne, wyruszali w daleką podróż, w nieznany często świat.
Dziś po ich domach w Bośni, nie ma śladu. Zarosły je lasy, znowu tereny odebrała cywilizacji natura, przyroda.
Tak się dzieje w terenach całej Ziemi. Pozostają resztki wspomnień, które także z czasem ulegają zanikowi. 
Dziś od czasu, do czasu Polacy odwiedzają swe tereny w Bośni. Spotykają się z przyjaciółmi, rodzinami,
odwiedzają pozostałości po grobach. Ale tych osób przybywających w odwiedziny jest tylko kilkanaście.
 


Dziękuję za pomoc w tworzeniu tej strony! 

Artykuł powstał dzięki pomocy pani Agnieszki Węgrzyn.