Mariusz Solecki
Utracony dom. Losy Polaków z Bośni

Wilhelm Hyjek urodził się 19 marca 1937 roku w jugosłowiańskiej wsi Prosjek (nieco ponad 50 km od miasta Banja Luka, powiat Prnjavor, dzisiejsza Bośnia i Hercegowina). W wieku siedmiu lat był świadkiem śmierci swojego ojca, zamordowanego przez serbskich czetników za udzielanie pomocy polskim partyzantom. W 1946 roku wraz z rodziną został repatriowany do Polski. Od 1962 roku mieszka w lubuskiej wsi Witków (powiat żagański).

Na przełomie XIX i XX wieku w rolniczych, skąpo zaludnionych powiatach środkowej Bośni osiedliło się około 20 tysięcy Polaków z zaboru austriackiego . Ich exodus na Bałkany był efektem umiejętnej polityki kolonizacyjnej cesarsko-królewskiego rządu. Korzystając ze sprzyjających okoliczności, w pobliżu bośniackiego miasteczka Prnjavor, po odbyciu dwunastu lat służby wojskowej w austro-węgierskiej kawalerii, osiadł Franciszek Grabarz. Zdecydował się na to, bo do Polski, której nie było, nie miał po co wracać, a w Bośni dostrzegł perspektywy na godne życie, bowiem jako osadnik dostał od państwa 100 dolemów (ok. 10 ha) lasu pod zagospodarowanie. Franciszek zabrał się do pracy z zawziętością polskiego chłopa: ściął drzewa, wykarczował pnie, postawił dom, zamienił nieużytki na pola uprawne, obsiewając je m. in. nieznaną na tych terenach pszenicą. Wkrótce przyjechała z Małopolski Wschodniej rodzina osadnika i wsparła jego wysiłek. Przyjechali inni Polacy, wielu, kilkanaście tysięcy – za chlebem. Wśród nich był Jan Hyjek, dziadek Wilhelma, emigrant z Rzeszowszczyzny.

MINIATUROWA WIEŻA BABEL

Po śmierci Jana dom i gospodarstwo we wsi Prosjek przejął – wraz z żoną, Marią z domu Grabarz – Józef Hyjek, ojciec Wilhelma. Jak zaradny sługa z przypowieści o talentach, pomnożył otrzymane dobro: wybudował młyn wodny, suszarnię do suszenia desek bukowych oraz koszanę – magazyn na kukurydzę. Matka Wilhelma mełła gromadzone w koszanie ziarno kukurydziane, a otrzymaną mąkę mieszała z pszeniczną i piekła z tego chleb o wspaniałych właściwościach: „Taki chleb przez tydzień leżał i był świeży” – wspomina syn. Ciasto chlebowe wkładała do pieca na liściach, które nadawały aromat i chroniły przed przypaleniem.

Ażeby dać pełne wyobrażenie o stanie posiadania rodziny Hyjków z Prosjeku, należy dodać, że byli oni również właścicielami winnicy (obejmowała areał 3,5 hektara), czterohektarowego sadu, zdominowanego przez mirabelki, czereśnie i orzechy włoskie, oraz pasieki liczącej 280 uli. W porównaniu z budynkami gospodarskimi i przyległościami dom mieszkalny – zbudowany z drewna pokrytego gliną, kryty strzechą, pomalowany na biało, składający się z kuchni (bez podłogi), dwóch pokojów oraz z długiego korytarza (również bez podłogi) – wydaje się mniej niż skromny.

Ale dom to coś więcej niż ściany, dach, meble – to relacje międzyludzkie i temperatura wspomnień, która zostaje po latach, mrożąca lub rozgrzewające serce: „Na Boże Narodzenie stał w kącie dużego pokoju snopek żytniej słomy. Po kolacji wigilijnej kręciło się z tego snopka powrósła, wychodziło do sadu i obwiązywało drzewa, żeby lepiej rodziły. Na podłodze była rozsypana słoma. Po Wigilii ojciec chował w niej łyżki. Kto pierwszy znajdzie łyżkę, temu się będzie lepiej bydło pasło, nie będzie się rozlatywało”. Nie było zwyczaju obdarowywania się prezentami, zresztą choinkę, pod którą się je tradycyjnie składa, rozmówca pamięta dopiero z Polski.

Domy w Prosjeku były porozrzucane na wzgórzach, stały od siebie w odległości trzystu i więcej metrów. Wioska była miniaturową wieżą Babel: „Nasz pierwszy sąsiad, Dymitr Dańko, był Ukraińcem. Miał jedenaścioro czy dwanaścioro dzieci, które zawsze przychodziły do nas na Święta Bożego Narodzenia. U nas było jedzenia w bród, a nasz sąsiad miał tylko troszeczkę ziemi, dużo dzieci i więcej nic. Bieda była jak nic. Bawiłem się z tymi dziećmi, bo mieszkały najbliżej. Drugi sąsiad, Franek Milewicz, który mieszkał koło naszego młyna, to był mój krewny. Dalej, jakieś 600–700 metrów od nas mieszkał Szczepan Stasiela, również Polak. Obok niego miał dom Serb, nie znam nazwiska, bo z Serbami nie bawiliśmy się. Za górką, już daleko od nas, mieszkali Turcy. Mój krewny spod młyna raz sobie popił, wyszedł na śliwę i zaczął się drzeć przed dwunastą jak muezin… Turcy, jak się kapnęli, to chcieli go zabić”.

Milewicz znał turecki, ponieważ jego sąsiadem był Turek. Często się odwiedzali nawzajem, prowadzili długie rozmowy, sącząc rakiję. Raz ów daleki wujek Wilhelma mówi do gościa: „Widzisz, ty przyjdziesz do mnie, moja kobieta podaje jedzenie, picie i nie chodzi zakryta. A jak zajdę do ciebie i twoja kobieta podaje do stołu, to chodzi stale zasłonięta”. Turek na to: „Jak chcesz, to ona ci się pokaże”. Dotrzymał słowa: Turczynka odsłoniła twarz, a jej mąż zaraz wyciągnął pistolet i zastrzelił ją.

CZAS GROZY I STRZELANIE DO CZEREŚNI

6 kwietnia 1941 roku dywizje niemieckie przy współudziale wojsk włoskich, bułgarskich i węgierskich zaatakowały Jugosławię, która wkrótce, 18 kwietnia, skapitulowała. Królestwo Jugosławii uległo rozpadowi na Niezależne Państwo Chorwackie i jugosłowiańskie „Vichy” generała Nedicia. Pozostałe tereny monarchii zostały zaanektowane przez agresorów. Bośnia, a więc i tamtejsza Polonia z powiatu prnjavorskiego, znalazła się w granicach faszystowskiej Chorwacji pod rządami ustaszy Ante Pavelicia. Ludność polska popadła w nie lada tarapaty: „We wsiach i miasteczkach grasowali hitlerowcy, ustasze (…) oraz »trójki« i »piątki« czetników. Szerzyły się grabieże, bratobójcze mordy i terror. Chorwaccy ustasze nienawidzili Polaków jako wrogów Niemców, a czetnicy serbscy, wyznania prawosławnego, (…) nie znosili Polaków jako katolików” . Polscy osadnicy, żeby przeżyć, musieli się bronić. A że jedyną siłą, z którą mogli się sprzymierzyć, byli komuniści marszałka Josipa Broz-Tity, przyłączyli się do nich, formując w miejscowości Martince 7 maja 1944 roku 5. Batalion 14. Środkowobośniackiej Brygady Narodowej Armii Wyzwolenia Jugosławii, przemianowany we wrześniu tegoż roku na 3. Batalion.

Część 3. Batalionu, w którym walczyli wujkowie Wilhelma Józef i Franciszek Grabarzowie, przez ponad tydzień stacjonowała w domu Hyjków. Jednego dnia polscy partyzanci dali małemu Wilhelmowi krótki karabin, nazywany przez nich talianką. Pod gęsto owocującą czereśnią postawili stół: „Mój wujek Józek Grabarz na tym stole ustawił karabin, przytrzymał, żeby nie podskakiwał, żeby mnie nie kopnął, bo byłem jeszcze mały, i strzelałem do czereśni”.

Wspomniany wujek sporo opowiadał Wilhelmowi na temat walki. Otóż raz Polski Batalion został osaczony przez Niemców pomiędzy skałami. Zaistniała sytuacja patowa: ani lotnictwo niemieckie, ani piechota nie mogły dosięgnąć Polaków, ci natomiast nie mieli drogi odwrotu, z trzech stron otoczeni górami, podczas gdy wyjście z tego kotła ryglowała broń maszynowa Niemców. Postanowili oni, wzorem średniowiecznych zdobywców zamków, czekać na wyczerpanie żywności przeciwnika. Okrążeni zjedli skąpe zapasy, potem konie z taborów, w końcu zagłuszali głód korą z dębów. Wytrwali tylko dzięki alianckim zrzutom.

Ojciec Wilhelma nie tylko użyczał kwater polskim partyzantom – dostarczał im również prowiant. Nie było to na rękę czetnikom – serbskim monarchistom walczącym o restytucję królestwa w Jugosławii: przecież w biało-czerwony sztandar Polskiego Batalionu wkomponowana była czerwona gwiazda. Dlatego też Józef Hyjek stale się ukrywał, nigdy nie sypiał w domu, tylko w sadzie, żeby w każdej chwili móc uciec. Jesienią 1944 roku, kiedy zerwane winogrona czekały na włożenie do kadzi fermentacyjnych, czetnicy zaczaili się i złapali gospodarza wracającego do domu. Połamali mu ręce i nogi, strzelili w głowę – pocisk wyszedł tyłem. Zrobili to na oczach siedmioletniego Wilhelma, ale nie poprzestali na tym. Po zamordowaniu ojca pobili i uprowadzili matkę chłopca. Następnego dnia rankiem odnalazł ją ukraiński sąsiad Dymitr Dańko, zmaltretowaną, przywiązaną do dębu. Ale żywą. Czetnicy nie darowali również winogronom, które powyrzucali z koszy i rozdeptali. Zdemolowali dom i pasiekę: nie ocalał ani jeden z dwustu osiemdziesięciu uli.

REPATRIANCI

Po wojnie, w 1945, przyjechała do polskiej enklawy w Jugosławii delegacja z Polski i werbowała wszystkich rodaków do wyjazdu na Ziemie Odzyskane. Maria Hyjek następnego roku podjęła decyzję o powrocie. Wsiadła z dziećmi do pociągu repatriacyjnego na stacji Prnjavor. Wracali koleją przez Węgry i Czechy. Podróż trwała dwa tygodnie. Wilhelm raczej nie oczekiwał po przekroczeniu granicy szklanych domów. Przyjechali 24 maja 1946 roku do Tomaszowa Bolesławieckiego. Stamtąd jugosłowiańscy repatrianci rozjechali się po okolicy, szukając optymalnego miejsca do osiedlenia. Kierowali się na Krzyżową, Różyniec, Osłą, Tomisław, Wykroty, Brzeźnik. Tak powiat bolesławiecki stał się drugą ojczyzną polskich Jugosłowian. Tam też do dzisiaj można usłyszeć, gdy się zejdą najstarsi mieszkańcy, serbskie pieśni.

Z kotła bałkańskiego polscy Jugosłowianie trafili do kotła Ziem Odzyskanych, na które ciągnęli wszyscy: osadnicy wojskowi i szabrownicy, „spaleni” akowcy i „spaleni” banderowcy, zabużanie i dipisi . W tak wymieszanym środowisku błyskawicznie rodzą się antagonizmy: „»Serby« były zacięte na tych, co zza Buga przyjechali, a ci zza Buga znowu byli zacięci na »Serbów«, czyli Polaków z Jugosławii. W Starym Łomie było wesele tych z Ukrainy, no tych zza Buga, i ci, co przyjechali z Jugosławii, poszli na to wesele, jako kawalerowie, bo u nas taka moda była. Jak było wesele, szli kawalerowie, gospodarz wynosił wódkę, jedzenie, częstował wszystkich. Poszli tam, to ich wtenczas porozbierali, po pokrzywach nagich ciągali. Kobiety załatwiały się do ust tym chłopakom”. W odwecie cała Osła z widłami, bronami, z czym się dało, poszła na Stary Łom. Za udział w tej bijatyce ojczym Wilhelma odsiedział swoje w celi metr na metr.

Polscy Jugosłowianie doświadczali nieprzyjemności nie tylko ze strony repatriantów z Kresów wschodnich. Tarcia między tymi grupami da się zresztą wytłumaczyć etnologicznie w kategoriach zderzenia kultur. Nie da się już w ten sposób wyjaśnić prześladowań, jakich doświadczyli Polacy repatriowani z Bośni ze strony UB. W 1947 roku wujek Wilhelma, Franciszek Grabarz, porucznik 3. Batalionu Polskiego, wracając z pracy rowerem został na drodze pomiędzy Bolesławcem a Brzeźnikiem w biały dzień przejechany samochodem przez ubeków. Mężczyzna zmarł na skutek odniesionych obrażeń. Jego brat, Józef, również partyzant, sierżant 3. Batalionu Polskiego, do dzisiaj nosi na ciele pamiątkę po ubeckim śledztwie – wgłębienie w czaszce, jakie mu pozostało po rękojeści pistoletu oficera bezpieki. Czego chciał od niego Urząd Bezpieczeństwa? – z sobie wiadomych względów sierżant Grabarz odmówił odpowiedzi na to pytanie. Można jedynie spekulować, że śledztwo miało jakiś związek z tzw. titoizmem. Wydaje się bardzo prawdopodobne, że polscy Jugosłowianie od momentu secesji Tito, który w drugiej połowie lat czterdziestych uniezależnił się od dyktatu Moskwy, proklamując w państwie południowych Słowian narodowy komunizm, stali się elementem politycznie podejrzanym.

Dziewięcioletni Wilhelm nie stanowił jeszcze zagrożenia dla reżimu. Przyjechawszy z matką i rodzeństwem do Polski, zamieszkał w Osłej. Władza ludowa starała się być sprawiedliwa, przynajmniej jeszcze wtedy – Maria Hyjek dostała tu takie duże gospodarstwo, jakie zostawiła w Prosjeku, czyli liczące ponad 12 hektarów. Ale w domu się nie przelewało, było pięcioro dzieci do wyżywienia. Wilhelm musiał szybko stać się dorosłym: „Przez sześć lat byłem na służbie u gospodarza w Parzycach, również repatrianta z Jugosławii. Pracowałem za jedzenie i ubranie, chodziłem do pobliskiej szkoły podstawowej”.

Wdowa po Józefie Hyjku ponownie wzięła ślub. Nowy mąż bił ją i jej dzieci. Chciał, żeby Wilhelm ożenił się z jego bratanicą. Wtedy swatany na siłę powiedział: „Jakby była taka jak ty, to ja jej nie chcę znać”. Ojczym wściekł się i wykrzyczał do matki młodzieńca: „Nie wolno ci mu nic dawać jeść, nie wolno prać ani nic!”. Pasierb formalnie stał się persona non grata. Więc spakował się i poszedł do swojego brata Mietka, który mieszkał jakieś sto metrów dalej. Nie wiedział, że trafi z deszczu pod rynnę: „Miałem byle jaką bratową. Jak się ożeniłem, to ona zamknęła na kłódkę piwnicę, żebym nie brał kartofli, chociaż pracowałem na nie – pomagałem bratu, który miał 5 hektarów pola. Dom był podzielony na połowę: moja była góra, brata – dół. Oprócz połowy domu nie miałem nic więcej. A i tak wkrótce zostawiłem to, co było moje”.

Wilhelm opuścił Osłą w 1962 roku, już jako żonaty mężczyzna – zmuszony sytuacją rodzinną i redukcjami w swoim miejscu pracy, w odlewni żeliwa w Gromadce. Zamieszkał w Witkowie (lubuskie), gdzie znalazł zajęcie w miejscowym Państwowym Gospodarstwie Rolnym.

*
Wilhelm Hyjek nigdy nie wrócił do domu dzieciństwa w Prosjeku. Zresztą nie miałby do czego wracać. Wszystko zostało rozgrabione i zdewastowane przez Serbów. Na szczątkach zabudowań panoszy się zielsko. Na własne oczy przekonał się o tym Józef Grabarz, wujek Wilhelma, sierżant 3. Polskiego Batalionu, który w zamierzchłych czasach uczył swojego siostrzeńca strzelać z karabinu do czereśni. Nie znalazł się człowiek, który by chciał zagospodarować winnicę, sad, pasiekę, suszarnię, koszanę, młyn. Wedle tego, który już nie wróci do domu swego dzieciństwa, nie mógł się znaleźć, ponieważ: „Serbowie nie byli gospodarzami. To byli nieroby. Co innego Chorwaci, oni byli jak Niemcy, byli gospodarni”. Ale kiedy kilkadziesiąt lat temu Wilhelm wraz z rodziną opuszczał miejsce swojego urodzenia, w promieniu kilku kilometrów od Prosjeku łatwiej było znaleźć igłę w stogu siana niż Chorwata...
 

_____________
Mariusz Solecki – ur. w 1975 w Szprotawie (woj. lubuskie). Absolwent polonistyki na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim, uczy języka polskiego w Społecznym Liceum Ogólnokształcącym im. Wojciecha Korfantego w Katowicach. Członek redakcji magazynu kulturalnego Polonii niemieckiej „Zarys”. Publikował m. in. w „Więzi”, „Przeglądzie Humanistycznym”, „Akcencie”, „Twórczości”, „Toposie”, „Ethosie” i „Kresach”. Mieszka w Katowicach. 

Źródło: http://www.wiez.com.pl/index.php?s=miesiecznik_opis&id=409&t=14584