Gdzieś w małej wiosce pośród borów dolnośląskich stoi domek. Mieszkają w nim mili i gościnni ludzie.

 

Pan Gabriel chętnie opowiada o Jugosławii, kraju w którym się urodził i spędził siedemnaście lat swojego życia.

 

Urodził się w roku 1929 w miejscowości Miljevac. Po roku czasu razem z rodziną przeprowadził się do Vrbaski, gdzie chodził do szkoły i dorastał.

 

Szkoła podstawowa Vrbaski to tylko cztery klasy. A później gimnazjum, które trwało trzy albo cztery lata, dokładnie tego pan Gabriel już nie pamięta.

Mówi z entuzjazmem - cztery klasy podstawówki, ale jaki poziom, wiele nas nauczyli.

Pamięta lekcje np. o macedońskim Królu imieniem Marko.

W szkole była historia, rachunkowość czyli matematyka, geografia. Pisało się cyrylicą i latinicą.

Nauczycielami byli Józef Matyjewicz i jego żona. Oboje uczyli wszystkich przedmiotów. Na etacie była jeszcze sprzątaczka i woźny.

Wiadomo, że klasa była nieliczna. Dużo rodzin nie wysyłało swoich dzieci do szkoły ze względów finansowych. Nowe buty, ubranie to duży wysiłek finansowy.

Nauczyciele potrafili karać niesfornych uczniów. Najgorszą karą według pana Gabriela było klęczenie na rozsypanych kamieniach, bez spodni i z rękoma do góry, a pomiędzy palcami tkwił jeszcze kij. Były też i inne kary. Wspomina jednak to z uśmiechem.

 

Zadaję pytanie o kościół. Przecież zajmował on bardzo ważne miejsce w ich codziennym życiu.

 

Kościół znajdował się siedem kilometrów od miejsca ich zamieszkania w miejscowości Catrnja. Na cmentarzu znajdowała się kapliczka, w której to raz do roku odbywała się msza odpustowa.

 

Zdarzyło się, że pan Gabriel mieszkał także z rodzicami u Serba na Salaszu.

- Czym był ten Salasz? zapytałam zdziwiona. A Pan Gabriel na to z uśmiechem - widzisz to tak samo jak ja cię pytam co to ten internet.

Wytłumaczył mi, że był to dom wraz z budynkami gospodarczymi. Gospodarstwo umieszczone było pośród pól uprawnych, i niegdyś zamieszkane było przez rodzinę węgierskią. Zdarzało się, że podczas konfliktu Serbowie wysiedlali Węgrów i przyjmowali na ich miejsce Polaków, którzy za opiekę nad inwentarzem, ciężką pracę na roli zamieszkiwali dane gospodarstwo i otrzymywali zboże albo pieniądze, była to kwestia dogadania się.

Pan Gabriel dobrze wspomina te czasy, mówi że nie przelewało się, ale narzekać też nie można było. Jak brakowało, to zawsze było można sobie dorobić pasąc na przykład świnie. Szło się wtedy z trzodą do ,,rytu" czyli na pastwisko, na którym te świnie były wypasane. Wspomina, że pole uprawne na tym salaszu było tak duże, że jak gospodarz objechał je koniem, poczynając od świtu ze 7-8 razy to już i południe było.

Pamięta, że w gospodarstwie były dwa konie. Jeden z nich to Wezyr a drugi ...chwila zastanowienia - to Putko. Pola obsadzane były przede wszystkim kukurydzą i pszenicą.

Chwila ciszy i pada oto takie stwierdzenie - najlepszy to był chleb, pytlowy.

 

W roku 1946 otworzono biuro, które zajmowało się zapisywaniem osób, które chciałyby powrócić do Polski. Ojciec pana Gabriela też udał się do ów biura, aby zapisać swoją rodzinę..

I tak był to czerwiec lub lipiec, ruszył pociąg towarowy z repatriantami i z dobytkiem, który byli oni w stanie wziąć ze sobą. Podróż trwała około dziewięciu dni. Po drodze zabierano pasażerów, robiono sobie przerwy w podróży.

Można sobie tylko wyobrazić jak niekomfortowa była ta jazda pociągiem.

- Podczas podróży na jednej ze stacji dosiadł się człowiek -wspomina pan Gabriel - musiał być bogaty, gdyż bardzo długo czekaliśmy, aż zapakuje do pociągu cały swój dobytek. Kiedy przekroczyliśmy granicę i znaleźliśmy się w Polsce ów człowiek nie zastanawiając się długo, zostawił cały swój inwentarz i udał się w drogę powrotną.

- Dlaczego tak postąpił?

- Przeraziło go to, co zastał. Zniszczona Polska a w dodatku ten klimat, zimno i ponuro. Nie tak to sobie wyobrażał.

- A co było dalej?

-Dotarliśmy do Bolesławca, gdzie spotkał nas wielki kłopot. Odczepiono lokomotywę od wagonów. Lokomotywa odjechała a my pozostaliśmy w tych wagonach sami sobie, jak porzucone marionetki.

Podniosła się wielka wrzawa. Kobiety kłóciły się ze swoimi mężami. Jedni drugim wytykali ,, masz swoją Polskę" Byliśmy w kropce, nie wiedzieliśmy co mamy dalej robić.

Na drugi dzień dowiedzieliśmy się, że utworzono PUR- Polski Urząd Repatriacyjny.

Spotkaliśmy się z przedstawicielami tego urzędu. Pytaliśmy co dalej. Ludzie byli zdezorientowani. I tak porozwożono nas po różnych miejscowościach, gdzie osiedliliśmy się, ale twierdzę że sentyment do Bośni pozostał w naszych sercach do dziś.