Download
Wspomnienia z rodzinnego domu. Autor Weronika Skiba
Zapraszam do przeczytania opowiadania, które udostępniła nam pani Weronika Skiba. Opowiadanie oparte jest na faktach autentycznych. Dziękujemy pani Weroniko, za uchylenie rąbka rodzinnej opowieści.
Uwięziony ptak.pdf
Adobe Acrobat Document 326.7 KB

 

 

Uwięziony ptak

 

 

Jak szybko czas płynie, niby to niedawno było, a już minęło pięćdziesiąt lat, gdy zaczęłam zapisywać w zeszytach jego opowiadania. Mój ojciec, bo o nim i o jego przeżyciach w Jugosławii pragnę się podzielić z wami a szczególnie ze swoimi krewnymi, którzy go nie znali tak jak ja go znałam i podziwiałam. Jego opowieści były w moim życiu jak coś o czym nie można zapomnieć i dlatego pisałam w wolnych chwilach na zeszytach które chowałam by nikt je nie zniszczył.

Któregoś dnia spytałam ojca – tato dlaczego ciągle mówisz o Jugosławii jesteś przecież Polakiem.

I wtedy mi powiedział – Wero córko moja, co wart jest świat i życie, gdy nie czujesz w sobie chęci do myślenia o przyszłości a ciągle myślisz o przeszłości i jak by było gdybym tam był a nie tu.

- Tato ja nie wiem o czym mówisz, to jest nasze i polskie a tamto było obce, mówiłeś nieraz, że Serby mówiły na was Galicjanie i nie lubiły gdy ktoś z was Polaków coś chciał zmienić.

- To prawda, tam było ich prawo, ale ja urodziłem się tam i dobrze mi było z tymi ludźmi, znałem ich zwyczaje o oni znali mnie i dobrze było.

- Tato mówiłeś, że twój pradziadek w Polsce był kowalem i nie było aż tak biednie, żeby twój dziadek musiał wyjechać z Polski na Bałkany.

- Mój dziadek umiał pisać i czytać po polsku, a opuścił rodzinę bo go zmora dusiła.

- Zmora go dusiła, a co to takiego?

- A kto to wie, ale tak ludzie mówią, że jak w rodzinie urodzi się po kolei siedem dziewczynek albo chłopaków to jedno z nich jest zmorą i jak śpi to jego dusza dusi innego we śnie.

- Tato mówiłeś że dziadek pisał do Polski do Krakowa, czy tam była jego rodzina?

- Mój dziadek pisał do jakiejś gazety o tym jak żyją Polacy i co budują w tej Jugosławii.

- A co budowali?

- Dziadek był wójtem w Miliewacach i kaplicę budowali, dzieci uczył pisać po polsku, a cała jego rodzina była z okolic Tarnopola.

- Tato, Tarnopol to Ukraina.

- Ale kiedyś było to polskie.

- Było, ale teraz to Związek Radziecki, a Polaków tam teraz mało, bo jedni uciekli a inni zostali wysiedleni tak jak i wy z tej Jugosławii. To teraz na nas ciąży bo wyzywają nas od Jugoli, tak jak was, że wy Galicjanie.

Tato patrzył na mnie i nie wiedział co powiedzieć mi.

- No i widzisz Pieter, co się porobiło, ty Galicjan a ona teraz Jugol. Ale heca – powiedziała mama.

- Bo ja myślę mamo, że we mnie jest krew kilku narodów.

- O czym ty mówisz jesteś jeszcze dzieckiem i co możesz rozumieć o tym co było, jakie narody w tej głowie ci się uroiły.

- A bo taty rodzina z Ukrainy a twoja mama jak tu była, to mi powiedziała, że oni byli z Litwy, a dziadek Cieśla z Białorusi, a babcia Rozala mówiła że prababcia Skrzypek urodzona koło Leżajska.

- A z ciebie Wero czysta Polka i tego się trzymaj i nie myśl bo ci włosy zsiwieją.

Mama się śmiała a tato był czymś zmartwiony, a ja byłam ciekawa o czym myśli i co mi powie.

- Ja bym dał wszystko by tam wrócić, pojeść pieczonych kasztanów i popić rakii ze śliwek, pośpiewać przy ogniu z Serbami i zatańczyć kolo, ale wiem że to się nie spełni, chyba jak umrę, bo w mojej piersi siedzi uwięziony ptak już nie śpiewa i nie gwiżdże bo radości jest mi brak.

- Jak ty umrzesz, to tam nie będziesz już potrzebny.

- Aby straszyć ludzi, mało ich straszył derkowć.

- Tato co to derkować?

- To było przed wojną, darło się po nocach aż włosy się jeżyły na głowie.

- To chyba sowa tato była.

- To był duch, a nie sowa i się darło tylko trzy lata, potem znikło.

- A wy żeście słyszeli to?

- Tak, szedłem z Miliewaców do domu i to z wiatrem poleciało i jak nie krzyknie ła, ła, łaaaa, to dech mi zaparło a z głowy kapelusz mi o mało nie zleciał, bo włosy się zjeżyły, biegłem do domu a to byo wciąż w moich uszach.

- A ktoś z naszych to jeszcze słyszał?

- Tak w Miliewacu przy kościele cały maj się darło. Kiedyś po majówce ludzie stali a jak nie zawieje, aż dzwon zadzwonił, a jak krzyczało to aż niektórzy całą noc w uszach to słyszeli.

- Tato może to było ostrzeżenie że wojna będzie.

- Chyba tak, ale nikt tego nie mówił.

- A to krzyczało tylko w Miliewacach?

- To było jak wiem w całej Jugosławii, ludzie to słyszeli, jeszcze inne były znaki i ludzie to widzieli przez te trzy lata.

- A co?

- Nad kozarą były widoczne na niebie krzyże czerwone w zimie, a latem kilka razy z nieba na ziemię leciały kolorowe jak tęcza kółka.

- Koniec tego gadania, robić trzeba, nakarm konie bo rżą.

I tak mama przerwała nam bardzo ciekawą historię z ich życia o której wcześniej tato nie mówił.

 

 

Jest jesień, mamy dużo roboty, bo trzeba obrywać kolby kukurydzy i zwieźć do stodoły. Potem będzie obieranie z peruszyn i krewni przychodzić będą wieczorami do pomocy.

Tato jabłka woził do Węglińca i tam sprzedawał. Kupił kawy prawdziwej w ziarnkach od znajomego kolejarza, mama przyniosła ze strychu metalową rurkę z korbą i będzie tę kawę palić.

- Mamo skąd to u nas jest?

- Skąd, z Jugosławii przywiozłam, ale tu kawy prawie nie ma, to i leży na strychu, teraz się przyda bo ta kawa słabo palona, to zaraz zobaczysz jak się pali kawę.

Mama tę rurkę napełniła ziarnkami kawy i włożyła do pieca na węgle i kręci korbką, no i już pachnie kawą w kuchni, a tato zdjął młynek ze szafy, będzie mielił wieczorem jak przyjdzie ciotka ze swatkami i stryjek Teofil, to będą pić.

Mama wysypała z tej rurki kawę na stół, by wystygła, ziarnka aż błyszczą, tato trochę wsypał do młynka i miele, a w imbryku już się woda gotuje, może mama da spróbować.

Mama i tato już piją kawę.

- A ja mogę spróbować mamo?

- A próbuj, taką dawno nie piłam, dobra i mocna. Taką kawę u Doszana zawsze piłam.

- Tato kto to był ten Doszan?

- Doszan i jego żona Łucja byli kumami naszymi, bo chrzcili wszystkie nasze dzieci. To byli bogaci ludzie, mieli kawiarnię i sklep. On Chorwat, a ona Polka i dlatego moja krewna. Ciotka Weronka u nich robiła, gdy się święta wielkanocne zbliżały, to jajka im pisałam za pieniądze.

- To dużo trzeba było tych pisanek tym ludziom?

- Tak ze sto ich pisałam co roku, ale dobrze płacili i dzieciom dawali prezenty zawsze na święta, ale wojna wszystko im zabrała i uciekać musieli do Chorwacji, bo tu Serby były w koło.

- Mamo kawę zawsze trzeba tak palić?

- W Jugosławii była zielona w sprzedaży, po to ta rurka była potrzebna, tu nie ma zielonej, to do teraz nigdy nie widziałaś jak się pali?

- Tak, teraz wiem jak to robić trzeba. Mamo a to brenowidło do włosów też z Jugosławii?

- Tak, to tam każda kobieta miała i na niedzielę robiły sobie fale na włosach.

- Ja też tak spróbuję sobie zrobić.

- No to rób, tylko nie sparz sobie czoła.

No i ledwie mama mnie ostrzegła już miałam dwie kreski czerwone na czole.

- Ale fale Dunaju masz Wero – tato śmiał się ze mnie, a mi było nie do śmiechu z mokrą szmatą na czole.

- A pamiętasz Hanka jak ten Serb zza góry, co sparzył sobie dupę na blasze?

- Tato dlaczego to zrobił?

- Bo do wojska nie chciał iść no i siedział w rzece biedak, bo go piekło. On sparzył sobie też torbę i dlatego tak cierpiał. Ale był głupi, po co siadał na taką blachę. Sparzony nie mógł chodzić, trzeba było go zawieźć do Banialuki i tam w szpitalu go wyleczyli, prosto stamtąd wojsko do jednostki go zabrało, a jak wojna się zaczęła to on pierwszy z tamtej wsi zginął. Tak chyba było mu sądzone, a co wycierpiał bólu i wstydu, to jego było.

 

 

Jest już zima, śniegu sporo spadło, tato ma przy saniach doczepiony odgarniacz śniegu i rano jego kolej jechać przez wieś i śnieg z drogi odgarnąć. Nie lubi wcześnie wstawać ale musi bo jego kolej i dzieci do szkoły będą szły.

Tak jest co roku, no i konie już są przy saniach, tato założył im dzwonki, będzie słychać go daleko.

Te dzwonki też są z Jugosławii, często wozi ludzi jak jest u nas we wsi wesele, to też słychać te dzwonki daleko.

- Mamo czy w Jugosławii też jeździł z tymi dzwonkami, bo tu niektórzy mówią, że budzi ich wcześnie i chętnie by mu zabronili zakładać koniom te dzwonki.

- Ludzie to ludzie, wszystkiego by zabronili, tylko nikt mu tego nie powie na zebraniu, bo się go boją.

- Mamo może się go nie boja, ale jego przeklinania po Serbsku nie chcą słuchać.

- I to chyba prawda, ale traktor z kołchozu jak jedzie to jeszcze głośniej turkocze, to im nie przeszkadza spać.

- Mamo na traktorze jedzie centralak a na saniach Jugol i to ich wkurza.

A tato już na nikogo nie zwraca uwagi, uodpornił się na tych co by chcieli go uciszyć.

- To prawda, jutro do kościoła pojedziemy też saniami, ja lubię jak dzwonki dzwonią. Pamiętam ten dzień, gdy z Bakińców wieźli mnie do Miliowaców, bo tam my z Pietrem brali ślub.

- Mamo i te same dzwonki konie miały założone?

- Tak te same. Tato kupił ze swoim ojcem konia i te dzwonki we Słowenii i nie pożycza nikomu ich, to jego pamiątka po ojcu Franciszku.

- To był mój dziadek?

- Tak, ja go nie znałam, bo młodo umarł.

No i tato już przyjechał, chyba zmarzł, gorącej herbaty trzeba mu zrobić z miodem.

Tato wszedł do kuchni, a ja i Krysia wychodziłyśmy do szkoły, droga odgarnięta, można szybko iść.

W naszym życiu sporo jest takich dni a czas płynie. Mama na mnie krzyczy, że coś piszę, a tato mnie wspiera, mówi że mam duszę w sobie po pradziadku, on ciągle pisał, choć by na szarym papierze, jakąś bajkę o smoku wawelskim. Atrament robił sam z zielonych orzechów i sadzy, ale jak to robił, tego nie wie, a pióra miał z gęsi zrobione. Tato mówi że nie skrzypiało jak pisał. Moja stalówka skrobie po papierze, a pani od polskiego mówi, że jak się pisze to wyrabia się pismo.

A co mam pisać, słucham i piszę, może tego nikt oprócz mego taty nie przeczyta, ale mi to wystarcza, że on mnie chwali i opowiada nam coraz to inne historie z życia w Jugosławii.

 

 

Karol i Franek Hrzan są w Boguszowie w szkole górniczej i jak przyjechał na święta to przywiózł mi do pisania pióro wieczne i zeszyty, które mało są zapisane, teraz mogę pisać ile zechcę, mam na czym. A zima długa i mroźna ma być, to i w domu wszyscy będą siedzieć, w karty grać i mówić o przeszłości, bo to co nowe nie obchodzi to mego taty, w jego myślach jest tamto miejsce na mapie świata. Ja też lubię geografię, na mapie Europy wiem gdzie leży Jugosławia i inne kraje.

Tato często mnie sprawdza, pyta o rzeki albo o stolice państw i o góry.

Teraz jest nowy rok 1960 i ja niedługo skończę dwanaście lat, a w szkole pani powiedziała, że w naszych lasach są wilki. To mnie napełniło wielkim strachem, po wyjściu ze szkoły wydaje mi się, ze one na mnie patrzą spoza krzaków. Dobrze że jest nas sporo, Zosia, Stasia, Franek i Szczepan to na pewno nic mi się nie stanie. W domu powiedziałam o tym tatowi.

- Jak tu przyszły to i odejdą, bo tu są dziki.

- W Jugosławii tato też były wilki?

- Były zawsze i nikogo nie zjadły z naszych, chociaż mnie chciały zjeść.

- Kiedy to było tato?

- Kiedy, dawno, byłem młody jak Kazio, pod wieczór poszłem na drugą wieś i wracałem po północy do domu, była jesień, liście z drzew obleciały i jak szłem to szeleściły głośno. Zdawało mi się że ktoś idzie za mną, z jednej strony gęsty las bukowy a z drugiej cmentarz serbski i wtedy zobaczyłem świecące oczy naprzeciwko, gdy się obejrzałem z tyłu też były i to sporo, nie jeden. Miałem w sobie strach, liście zgarnąłem i podpaliłem, ale tylko dymu narobiło, leżał kij to wziąłem do ręki i przypomniało mi się że tu na cmentarzu leży Serb znajomy i jego grób dobrze kołkami ogrodzony by go świnie nie rozryły, bo się tak zdarzało. Otworzyłem bramkę i weszłem do środka, zamknąłem bramkę i szybko pobiegłem do tego ogrodzonego miejsca, zdążyłem tyko wskoczyć do środka, a wilki już były. Latały wkoło, jak by wiedziały, że jestem w pułapce. Zaczęły gryźć kołki i kopać dziury, ale każdy w innym miejscu, a ja biłem, aż mi się ten kij połamał w kawałki, a one coraz dalej łapy wsadziły i darły pazurami. A księżyc świecił na niebie, było widać wszystkie wilki, było ich sporo, cała wataha, a bić nie miałem czym. No i wtedy od krzyża oderwałem dolą poprzeczkę, bo to krzyż prawosławny i wtedy dopiero tym dębowym kanciakiem niejeden dostał przez łeb aż farba pryskała. Byłem bardzo zmęczony, usiadłem na tym grobie i poczułem ze wystaje z grobu szyjka butelki z rakiją. Była dla zmarłego, ale ja ją wyjąłem i się napiłem, to mnie trochę wzmocniło, a wilki znów zrobiły szturm na to ogrodzenie, jeden chciał do środka wskoczyć, ale łapa wpadła mu między kołki i ja ją złapałem i trach, było słychać łamaną kość, ale wył, ale nie odeszły aż do rana, gryzły i darły, a ja piłem i biłem. Gdy słońce wyszło zza gór wilki mnie zobaczyły z tą kantówką dębową w ręce.

Z podkulonymi ogonami odeszły z cmentarza a ja trochę sprzątnąłem i butelkę zatkałem i zakopałem tam gdzie była. Zmówiłem pacierz za zmarłego no i stanąłem na płocie, nie widziałem wilków nigdzie i wtedy zeskoczyłem i do wyjścia szybko pobiegłem no i do domu. Biegłem ile miałem sił w nogach, pod studnią się umyłem a ubranie do cebrzyka wrzuciłem, by się moczyło bo było całe we krwi wilków. Dobrze że nie były wściekłe bo i ja bym się wściekł. Babcia gdy mnie zobaczyła, to aż się przeżegnała, dała mi czyste gacie i jeszcze raz się umyłem mydłem i spać poszedłem do izby. Spałem długo, cały dzień i noc, no i zaniosłem flaszkę wódki tam na ten grób i poprawiłem ten krzyż co urwałem, a synów tego Serba przeprosiłem, że przeze mnie wilki płot zniszczyły.

 

 

To przeżycie dla mnie było okropne, ale i tak bym chciał tam żyć a nie tu. Może wyjechali byśmy do Słowenii, to piękny kraj, kupiliśmy z tatą tam kobyłę, była krasa i bardzo mądra, ja od niej miałem Widrę, bo tą starą wziął Winko, jak się ożenił z Rozalą.

- Tato babcia Rozala to twoja mama.

- Moja mama a wasza babka i więcej mnie nie pytaj bo już mam złość.

No i nie będę o nic pytać, ale wiem, że tato na babcię zły jest, a za co tego jeszcze nie powiedział.

- Pieter idź sprawdź czy wszystko pozamykane i psy spuść.

- Mamo czy wilki mogą tu do nas przyjść?

- Jakie wilki?

- Te o których pani w szkole mówiła.

- W lesie sporo jeleni to tu po co by przychodziły, idź spać i nie myśl o wilkach, tu ich nie ma.

Tato psy spuścił, bo złodzieje chodzą, za rzeką konia ukradli ze stajni.

- Tu u nas złodzieje, ale się porobiło. Nie boję się wilków, wiem że wilki w nocy bardziej atakują ludzi mamo. Tato, dobrze wszystkie bramy są zamknięte, bo słyszę wycie.

- Zamknięte, a psy zwiały do stodoły, będzie w nocy duży mróz, księżyc świeci, a śnieg lśni jakby ze srebra.

Boję się i słyszę wycie. Tato stanął przy oknie i nasłuchiwał.

- To pies wyje, zimno mu a uwiązany. W Jugosławii to w taką mroźna i jasną noc wilki wyły po górach, a echo niosło ich wycie daleko i jak kilka watah wyło, to jak by ktoś grał dziwną muzykę, te głosy się mieszały ze sobą nieraz, to coś pięknego i strasznego razem wzięte.

A z wilkami mój pradziadek też miał spotkanie na drodze z Gradyszki do Miliewaców. Pradziadek Ryś był w Gradyszce by listy wysłać do Polski i wracał z powrotem do domu, było paru chłopów z nim, no i po drodze pradziadek staną za potrzebą a ci ludzie nie czekali, tylko poszli dalej, a wtedy na drogę wyszły dwa wilki. Pradziadek miał laskę która była na końcu okuta metalem i był ostry szpic, by było łatwiej iść pod górę. Na jego szczęście stał tam też dziurawy buk przy drodze, z jednej strony była duża wypalona dziura, ale z drugiej strony było jeszcze drzewo.

Pradziadek prędko wlazł w to dziurawe drzewo i miał osłonięte plecy a z przodu kuł tym ostrym szpicem te wilki w głowy, a noc się prędko zbliżała.

Prababcia zobaczyła sąsiada który też był z pradziadkiem w Gradyszce i spytała gdzie on jest, że jeszcze go nie ma. No i prędko wysłała po pradziadka swoich dwóch synów.

I tak dziadka mojego taty uratowali, był bardzo już zmęczony i przerażony. Potem już nigdy nie zostawał sam na tej drodze do Gradyszki.

 

 

Ta zima jest bardzo sroga, tato jest chory bardzo i mama smaruje go kamforą i gęsim tłuszczem a na kaszel, który ma tato daje syrop, co wiosną zrobiła ze świerka.

Mirek też chory.

- Tato może do lekarza pojedziesz, bo wyglądasz bardzo słabo.

- Ja i lekarz, po co mi on, byłem kiedyś bardziej chory i żyję.

- Tak byłeś chory, bo to choróbsko sam przywiozłeś do domu.

- Mamo jaka to była choroba?

- Tyfus to był i leżał jak nieżywy cały tydzień. I gdyby nie zioła, to może by nie przeżył.

- Hanka ja nic nie pamiętam.

- Bo byłeś nieprzytomny, zalewałam cię łyżką, dobrze że łykałeś. Czy ty kiedykolwiek myślałeś co zrobiłeś, mogły by dzieci nasze się zarazić, tylko co cię wtedy obchodziło, ty żeś miał serce i zbawiałeś świat a ja roboty i strachu, co może się jeszcze stać.

- A co żem miał zrobić, serce mi stanęło, gdy to dziecko żem zobaczył, gołe a deszcz lał, telepało się z zimna, to wziąłem na wóz i do domu przywiozłem.

- Mogłeś go zostawić przy drodze komuś, wiedziałeś że w domu było już dużo dzieci i nie ma już miejsc na więcej.

- Ja nie wiedziałem że ono chore na tyfus.

- Ale Niemcy wiedzieli i pozwolili by ci zabrać jeszcze więcej.

- To jest prawda, nic mi nie powiedzieli, bo wcześniej to musiałem prosić albo ukraść, bo nie pozwolili brać.

- Tato to były tylko małe Serby?

- Nie Bośniaki też były.

- A skąd te dzieci zabierałeś?

- Z obozu w Jasenowcu, jeździłem wozem po wsiach i zbierałem żywność dla tych ludzi co tam byli zamknięci przez Niemców i jak to tam zawiozłem to wracając do domu, nieraz dziecko przy drodze stało i prosiło bym go zabrał stamtąd, no to jak wiedziało swoje nazwisko, to zawiozłem do rodziny, ale były dzieci które nic nie mówiły a były takie biedne i gołe, jadły trawę że przez skórę widać było zielone kiszki. No to szkoda mi było by umarło, to też zabierałem, niektóre na szyi miały kawałek skóry z lipy i pisało kim jest.

- No i w ten sposób nawiozłeś tyle dzieci, że kocioł wojsko dało i zupę dla nich gotowaliśmy. Dobrze, że do pomocy Serbki przychodziły. Chleb też piekłam z nimi. Stary Dako siedział i palił na okrągło, a te dzieci spały na ziemi, liście i paprocie były ich posłaniem, ale głodne i gołe nie były, bo coś zawsze było do ubrania, ludzie przynosili, ale do domu nie chcieli zabrać. I jak się wojna skończyła to też musiałem sam zawieźć te dzieciaki do Gradyszki do sierocińca, a one z wozu nie chciały zejść, bały się obcych bardzo, ale co miałem zrobić, sam z nimi płakałem, szkoda mi było bardzo, obiecałem im, że będę do nich przychodził, a już wiedziałem że do Polski wszyscy ludzie z Polski wyjadą.

- To prawda, nim żeśmy się uspokoili, to te nakazy dostaliśmy i znów nerwy, co tam nas czeka, jedni mówili że ziemie po Niemcach zatrute, woda też. Nikt nie był pewien że będzie dobrze, niczego nie wolno było zabierać, kontrolowali wszystko, tylko trochę jedzenia na osobę, resztę trzeba zostawić. Kartofli żeśmy w drodze nie jedli, by posadzić, a tu wszystko już było zasadzone. Jacy ci ludzie byli mściwi, jak najprędzej się nas pozbyli, jeszcze my na wóz nie wsiedli a już Serb leżał na naszym łóżku. No bo to pole kupiłem od niego i dom dostał, bo jego spaliły dom.

- Tato no to za czym ty tęsknisz i ciągle opowiadasz jak ci tam było dobrze.

- Mnie tu jest źle, mija czternaście lat, a ciągle nie mogę się do tego miejsca dostosować, tu jest gorzej niż tam i brak mi tych gór i ludzi.

- Pieter ja wiem czego ci brak.

- A czego?

- Śliwowicy tu nie możesz napić się z Serbkami, one cię uwielbiały, byłeś dla nich niemal święty.

- Bo pisać umiałem, podpory im załatwiłem, to były mi wdzięczne.

- Tak, tak, ty ich na pewno wspierałeś, zawsze ciebie w domu nie było, ja zawsze sama i te dzieci. Jak wojsko niemieckie szło to ja z nimi do grapy i po dziurach się chowaliśmy jak lisy. Niemcy przeszli a za parę dni czerkiesy na koniach, tego cholerstwa też trzeba było unikać i chować wszystko i nikt nie widział skąd te Czerkiesy przyszły.

- Nie wiesz, to król wezwał do pomocy Czetnikom, by wygnać Niemców i wybić partyzanów. Na partyzanów szły wszyscy a oni i tak wygrały wojnę. Tito był dla nich wzorem i ludzie szły jak barany na rzeź, nikt nie był gorszy ani lepszy, bo nie ważne było w co wierzył, gwiazda ich łączyła no i wygrali i zamiast króla Tito siedzi w pałacu w Belgradzie, ale kiedyś przyjdzie koniec tego i te ludzie się podzielą znów na wiary i na państwa.

- No i dobrze Pieter, że nas tam nie ma, nie chcę widzieć jak zabija brat brata.

 

 

Koniec zimy, wiosna przyszła, tato wyzdrowiał, czas kartofle sadzić.

- Mamo w szkole jest duże zamieszanie, chłopaki lisa złapały i ciągały go po boisku a był wściekły, tak mówią, co teraz będzie, ja się boję.

- A ty go ruszałaś?

- Nie, ja uciekłam do klasy z dziewczynami.

- No i co było potem?

- Pani nas pytała czy nikt z nas tam nie był i kazała iść do domu, a te chłopaki zostały aż ktoś ich zbada, może będą one chore, ja nie pójdę do szkoły jutro, bo mogę być chora.

- Chora, na co? – spytał tato, bo dopiero wrócił z pola.

- Tato chłopaki lisa zabiły a był wściekły, tak pani mówiła.

- Trzeba to sprawdzić, idę Hanka do sklepu, to się dowiem czy to prawda.

Tato wrócił no i powiedział, że był weterynarz i lekarz no i obejrzeli tego lisa. A lisa chłopaki znalazły w lasku, był już uduszony bo wpadł we wnyko, ale go tylko ciągały za ten drut po boisku, a czy był chory, tego nie mógł weterynarz powiedzieć, wziął próbę do badania i po paru godzinach może to zbadają w jakimś laboratorium a dzieci jutro mają wolne.

- Tato czy wścieklizna to groźna choroba?

- Tak bardzo groźna i dla zwierzyny nie ma lekarstwa, ale tu szczepienie psów jest przymusowe, bo w Jugosławii nikt nie robił żadnego szczepienia. Jak byłem jeszcze chłopakiem, to był u nas pies Turgaj, fajny i mądry pies. Była wiosna, krowy i cielaki były na pastwisku, ktoś na wsi krzyczał, że pies wściekły leci, no i stryj spuścił Turgaja z łańcucha i poszczuł tego psa, bo był już niedaleko tych krów. No i Turgaj go dognał i zagryzł, miejsce gdzie go zagryzł wapnem zasypali palonym a Turgaja oblali całego krauliną, no i stryj go uwiązał na dwóch łańcuchach, bo nie był pewny, że ten pies był wściekły i szkoda było Turgaja zabijać. Minęło trzy dni a on przestał pić i jeść, wtedy przyjechał żandarm i go zastrzelił.

- Tato a ktoś kiedyś mówił że babcia Rozala i Winko były chore a żyją.

- Bo tam w Jugosławii były ludzie co umiały człowieka wyleczyć z tego.

- A jak?

- Ja widziałem raz takie zdarzenie. Byłem w młynie bo mąkę mama potrzebowała na chleb no i stałem na górze gdzie sypie się ziarno, a do młyna wszedł chłop prawie nagi i wlazł w kąt młyna i jęczał. Na kołku wisiała siatka na ryby i pomocnik z młynarzem ta siatką rzuciły na tego chłopa, a on zaczął się rzucać i go w tą siatkę zaplatali mocno, że leżał na ziemi i gryzł. Ja nie zeszłem bo się bardzo bałem, pomocnik pobiegł gdzieś i po godzinie do młyna wszedł stary Bośniak i temu chłopowi do gęby wsadził kołek, potem w rozcięty kil złapał język i zawinął, chodź tu coś zobaczysz, zawołał młynarz, bałem się ale zeszłem, bo wstyd mi było że jestem takim bojkiem. Patrz Pieter jakie to duże i do głowy psa podobne. Popaczałem i rzeczywiście gruczoł pod językiem tego chłopa był spuchnięty i ślina leciała cały czas, tego nigdy nie widziałem, ale było podobne do głowy psa, no i ten Bośniak ostrym krzywym nożem wyciął ten gruczoł, a ranę natarł rozgniecionym czosnkiem, a ten gruczoł ślinowy ruszał się jakby był żywy, stary kijem to wrzucił do ognia, bo było zimno i w młynie ognisko się paliło. Tego chłopa położyli blisko ognia, cały czas był w tej siatce, po godzinie znów nałożył mu tego czosnku i czekał aż się uspokoi, bo się targał, no i w końcu przestał, coś chciał mówić, ale ten język był zawinięty i ten kołek jeszcze wsadzony, to mu to wyjął, już nie gryzł, dał mu pić wody z tykwy, no i pił i pił, chyba był bardzo spragniony, bo chory nie pije wody, jeszcze leżał może z godzinę, to miejsce wapnem zasypali i woda z krauliną oblali całego tego chłopa i dopiero uwolnił mu rękę i pytał go jak się nazywa. Coś bełkotał, ale na ziemi palcem napisał nazwisko, zdjęli tą siatkę a ja znów zwiałem na górę bo nie wierzyłem że on już zdrowy, a ten chłop poszedł do wody przy młynie i się umył, był cały brudny, gdy wrócił młynarz dał mu worek z wyciętymi dziurami na ręce i głowę. Ubrał to i usiadł przy ogniu, kijem na ziemi coś pisał, no i już wiedzieli skąd on był i kto on jest, a ja siedziałem do rana na górze bo nadal miałem strach w sobie, bym mógł wrócić do domu z mąką. Rano dopiero ten chłop mógł coś mówić i jeść a ja bez strachu wyszedłem z młyna i do domu wróciłem z workiem mąki na plecach.

- Tato a ktoś z naszych umiał to zrobić?

- Chyba nie bo nikt nie mówił o tym.

- Tato a babcia Rozala i dziadek Wienko jak się wściekli to też im ten gruczoł wycięli?

- Ja nie wiem, bo nie pytałem, a jak jesteś ciekawa to się spytaj babci.

Niedługo maj i majówki będą to pójdę do babci, może spytam i będę znać prawdę.

 

To co zapisałam schowałam, kiedyś to dam tacie do poczytania.

Któregoś dnia tato był w Tomisławiu z Kaziem, coś tam załatwił, jest lipiec, mamy wakacje i do lasu na jagody chodzimy. Tato do domu przywiózł radio, jest większe i ma oko magiczne z boku, jak się nastawia to ono się rozszerza i zwęża.

Teraz Mirek ma zabawę bo ciągle kręci tymi gałkami. Tato wieczorem szukał tej swojej Jugosławii, ale ciągle burczało. Kazio drut jakiś rozciągnął koło okna, to antena ma być – powiedział tato – lepiej będzie słychać. A i tak było źle, lampy Kazio sprawdził i jedna była spalona. To przez Mirka, coś zrobił i dlatego się spaliła lampa.

Kazio wyjął lampę i pojechał rowerem na wieś. Mama przyszła z pola do domu z mlekiem i już była zła, że tato kupił to radio i za pieniądze które mama miała za jagody.

- Ile dałeś za te pudło i po co, gdy to stare jeszcze gra.

- To lepsze i nowe, to można ustawić i nie będzie piszczeć ani burczeć.

- A o butach to nie pomyślałeś, dzieci idą do lasu i nie mają w czym, jeszcze żmija któreś ugryzie.

- Tyle razy były już w lesie i nic się nie stało i nie kracz bo jeszcze wykraczesz.

- Z tobą nie można pogadać, ty tylko znasz swoje racje, tego się trzymasz chłopie.

- To radio kupiłem, by chociaż wieczorem posłuchać Jugosławii.

- Tobie Pieter w głowie jedno siedzi, ale już się nie wróci nigdy. Tito przysłał ci list i blaszkę za twoją mękę, radio mógł ci przysłać.

- Tato a ciotka Walerka powiedziała, że nasze krowy pasła i podskok ją gonił i wtedy wbiła sobie kolec do oka.

- Mnie w domu nie było, bo do wojska mnie wezwali. Walerka pomagała Hance, bo ciężko było jej, gruba była i nikt tego jej nie zrobił, mogła uważać na krzaki. Wiedziała, że podskoki są i mogła uciekać do góry a nie w dół, gdzie rosły głogi, ale mi jej szkoda, teraz nie ma oka.

- Tato a jakie te podskoki są?

- To są krótkie i grube żmije no i bardzo kolorowe, a skaczą nawet na pięć metrów.

- Jak to robią?

- Na ogonie mają coś i tym się odpychają od ziemi i skaczą. Kiedyś ugryzł w rękę podskok Serba, pamiętasz Hanka to?

- Pamięć mam dobrą to po co pytasz, żaby po bagnie ludzie łapały, by go uratować, bo spuchł, a skóra jego była jak tęcza.

- Mamo czy to prawda?

- Tak, skóra na tym Serbie była lśniąca jak tłusta plama na wodzie, żaby kładły na to gdzie ugryzione było i puchły jak baloniki i pękały, no i chłop żywy został a żaby zdechły. Ludzie wiedziały jak się ratować prostym sposobem.

- A w górach była bośniacka wieś, to tam nikt z naszych nie szedł, bo było tam dużo tych podskoków i się każdy bał.

- A te ludzie żyły tam tato i nic się im nie działo?

- Nie było słychać, by kogoś ugryzła ta żmija, a w czasie wojny do tej wsi Niemcy na motorach pojechały, bo kogoś szukały no i tych Bośniaków zgnały pod meczet i biły by powiedziały co oni wiedzą o partyzanach. To były stare kobiety i chłopy i matki z dziećmi, młodych nie było ludzi.

- A gdzie były?

- Nie wiem, może miały swoje miejsce, gdzie były.

- I co się stało tato?

- No i nagle niebo pociemniało, tyle podskoków leciało z gór na tych Niemców i pogryzione zostały wszystkie esesmany i jak zaczęły uciekać na tych motorach, to wpadały w grapę jeden po drugim no i tylko widać było jak się palą motory i nikt nie przeżył.

- A skąd podskoki wiedziały, że tych trzeba gryźć?

- To była tajemnica tych ludzi z tej wsi, oni byli muzułmanami. A niedaleko nas była wieś gdzie mieszkał Serb z ogromnym brzuchem, nie chodził bo nie mógł, tylko ciągle jadł, a był chudy. Jego żona kiedyś wpadła na pomysł i położyła garnek pod zabitego podskoka, który na gałęzi wisiał i coś z niego leciało, może myślała że go otruje, bo bardzo był ten Serb złośliwy dla tej żony. No i wzięła ten garnek i w nim dała temu mężowi jedzenie. Gdy on to zjadł, to z jego brzucha żaby uciekały przez gębę i dupę, były białe, to nałapały cały cebrzyk tych żab i tak chłop został wyleczony, tylko skóra została mu po brzuchu, musiał się pasem związywać, bo wisiała aż po kolana, ale żył i chodził sam.

 

 

Kazio przewiózł nową lampę i teraz będzie granie, a ja wiem o podskokach dużo, tu ich nie ma.

I tak mija nam czas wakacji na pracy przy żniwach i słuchaniu tego co tato mówi i co w radiu on znajdzie. Tato dziś słucha w radiu Słowenii, bo Belgradu nie może złapać, coś zagłusza.

- Tato kto to śpiewa, bo mówią mornary.

- Mornary to marynarze po Polsku, podoba ci się ich śpiewanie?

- Tak, śpiewają tak jakby organy grały. A daleko ta Słowenia od tego miejsca w Bośni gdzie wy mieszkaliście?

- Daleko bo za Chorwacją, jest przy Włochach. Ale tam ładnie było gdy byłem z tatą Franciszkiem po tego konia. Bardzo ładny to kraj i ludzie inaczej się ubierały, nie tak jak w Bośni, a koni sporo tam było widać i wszystkie były krase, trochę czarnego, białego i brązowego i czerwonego. Jeden chłop miał w zagrodzie parę koni i mi się spodobała kobyła, która podeszła do płota i mi z ręki jadła trawę. Mój tato chciał innego, ale ja chciałem tego, no i kupił, to była kobyła i już była źrebna, to co ona oźrebi tato będzie moje – powiedziałem tacie. Oba będą twoje, bo ja znów jadę do Ameryki, no i pojechał a my znów bez ojca byli, a ja byłem najstarszy. Po mnie była Józefka, Weronka, Celestyn, Janina, Walerka, Teofil, a Paulina po paru miesiącach się urodziła.

- Tyle was było tato, a twój dziadek Ryś jeszcze żył?

- Nie on zmarł, gdy ja byłem jak Krysia, umiałem już pisać i czytać po polsku i po serbsku. Wero ciągle coś piszesz, to zapisz jak mój dziadek umarł.

- Tato to powiedz, to zapiszę.

- Dziadek był wójtem i kościelnym no i uczył Polaków pisma polskiego, bo tam nie wolno było, tylko serbski język trzeba było znać, ale dziadek do ludzi swoich zawsze mówił – język ojców naszych trzeba znać i zwyczaje nasze trzymać w domu. Może my tu pomrzemy, ale nasze dzieci i wnuki do swoich może będą jechać, to język polski i pismo trzeba znać. Mój dziadek Ryś ciągle coś pisał, a mnie to uczył na drodze pisać patykiem, gdy pasłem krowy i się tak nauczyłem prędko czytać, to dziadek mi bajkę napisał o smoku wawelskim no i coś mu się stało z nerwami i nie mógł spać, ciągle chodził w nocy. Babcia parzyła zioła, ale to nie pomagało, były żniwa no i dziadek położył się w stodole na snopkach i wtedy do niego przyszła ta zmora z Polski i powiedziała mu, że do swoich wróci i zawiązała mu na głowę czerwoną wstążkę, chyba dlatego żeby wiedział że to prawda, nie sen. Dziadek jeszcze wyciosał z kamienia sobie krzyż i wykuł nazwisko i rok urodzenia, trumnę też stolarz we wsi zrobił no i na drugi rok o tej porze poszedł do stodoły i tam umarł. Jego dusza wróciła do swoich stron, bo tęsknił za rodziną bardzo.

- Tato dziwna ta historia, a co się stało z jego zapiskami, które składał, bo tak kiedyś mówiłeś.

- Babcia spaliła z jego rzeczami.

- Tato to ten jego krzyż z kamienia tam w Miliewacach może jeszcze stoi.

- Może stoi, kto wie, ja to sprawdzę, gdy wrócę tam.

- A kiedy wrócisz tato?

- Jak umrę, to mój ptak tam poleci.

- A jak twój duch tato nie będzie ptakiem.

- Będzie, bo go w sobie czuję.

- I nie boisz się umrzeć, śmierć taka straszna, jak tu kolędnicy były u nas to ta biała kostucha z kosą była przerażająca, w nocy nie mogłam spać. Mirek też się zrywał i płakał.

- A ja już raz widziałem śmierć.

- A gdzie tato widziałeś?

- Mój stryj Walek piekł rakiję ze śliwek przy rzece sam i pił, to silne i jakoś to się w nim zapaliło, gdy stryjna do niego poszła to on był już poparzony bardzo i leżał dwa jeszcze dni w domu a ja i Prokopowicz...

- Tato swak nasz?

- Tak, ten, my oba dokończyć musieliśmy to pieczenie i w nocy księżyc świecił jasno a z drugiej strony rzeki stała kobieta w długiej sukni białej i włosy miała rozpuszczone jasne, była bardzo ładna, strach mnie bardzo objął i Kazimierza też a ona przeszła przez wodę i umyła ręce, ale nie było słychać chlapania wody. Szła koło nas a za nią zimno takie, że czułem aż ciarki na sobie i poszła na górę, tam stał dom stryja no i po chwili słychać było płacz stryjny. Pobiegliśmy tam, on już nie żył i ja myślę że każdy ma swoją własną śmierć na jaką zasłuży, a stryj miał piękną śmierć, do dziś to pamiętam.

 

 

I tak to wiem teraz, że to co ludzie mówią i pokazują, to nie jest prawdą, bo jak tato mówi tak, to musi to być prawda.

Tato coraz to gorzej się czuje, jest chory i po pracy Kazio i Paweł zwożą snopki do stodoły, a ja i Krysia układamy w zapolu, potem będzie młócenie.

Niedługo będzie wesele Kazia, on się żeni w Tomisławiu. Paweł mi powiedział, że jak Karol do domu przyjedzie na ślub Kazia, to on z nim pojedzie do szkoły górniczej i nie będzie słuchał krzyków taty, tylko nikomu mam nie mówić.

Teraz się martwię co będzie, tyle roboty w stajni, kto będzie gnój wywalał, gdy Paweł zwieje z Karolem do Wałbrzycha. Czy powiedzieć mam mamie o tym co Paweł planuje, nie chcę być donosicielem, Paweł to dobry brat i może nie będzie tak źle, gdy on ucieknie z domu. Kazio będzie z żoną. Na wesele Antek przyjechał motorem. Stefka, jego żona miała mi przywieźć sukienkę na wesele, tak mówił Antek, gdy byli na Wielkanoc. Ale nie dostałam nic, bo bratowa jest na mnie zła i uszyła Marysi nową ładną z falbankami sukienkę i Marysię wzięli na ślub do Tomisławia, ja zostałam w domu i Krysia też. Mirka wzięła mama na wóz i Paweł pojechał, bo jak tato się napije to on będzie koniami kierował.

Jest niedziela, ciepło, do nas przyszły chłopaki od ciotki Bielaczki, pomogą nam świnie pokarmić i krowy do stajni zagonić, ale dopiero jest druga po południu. Franek się śmiał, że teraz Kazio całuje Reginę w wszyscy piją i śpiewają gorzko. To i my też się napić możemy, wino w butli stoi na strychu, no i już stoimy w czwórkę przy tym galonie.

Szczepan powiedział, że odetkamy i słomą będziemy pić to wino, bo przechylać nie można, by nie pękł galon. Franek słomy żytniej ze stodoły uciętej przyniósł i już każde z nas pociąga po trochę z tego galona to wino, było słodkie, trochę szczypało po języku i tak po trochę, aż się w głowie mi zaczęło kręcić, no i przy tym galonie cała czwórka zasnęła. Mama z innymi wrócili wieczorem do domu a wszystko nie pokarmione a nas nie ma. Paweł nas znalazł na strychu przy butli z winem śpiących. No i dostało mi się parę pasów przez tyłek, że taka byłam głupia, a zapewniałam mamę że wszystko porobione będzie, by się nie martwiła o to.

 

 

Minęło dwa dni po tym weselu, Karol ma jechać do pracy, bo urlop się mu kończy, Antek zawiózł go motorem do Węglińca i też już jedzie do Płakowic, to jest koło Lwówka Śląskiego, oni tam są w pegeerze. Bratowa robi przy krowach, a Antek traktorem jeździ. Jest już po południu i mama spytała się mnie, czy ja nie wiem gdzie Paweł poszedł, bo jeszcze nawet obiadu nie jadł.

- Nie wiem, może u Pietra jest Machacza – nie mogłam powiedzieć, że pojechał z Karolem do tej szkoły w niedzielę, jak oni do Tomisławia pojechali, to ja jego rzeczy do worka włożyłam i do kopy ze słomą schowałam, a Paweł dziś przed południem wziął to i się ubrał na czysto i poszedł do Węglińca na piechotę, sam przez las, teraz już chyba jedzie z Karolem do Wałbrzycha.

A to ubranie, co był na weselu wisi w szafie, nie mógł go zabrać, bo wszyscy są w domu, ale trzewiki mu zaniosłam za stodołę.

Jest wieczór, tato klnie, aż nie można słuchać, jest trochę piany – gdzie on siedzi, gnój trzeba wywalać ze stajni bo gorąco koniom, ale on już nie słyszy, bo daleko od domu. Szkoda, że go nie będzie, on naprawdę dobry brat i myślę, że nawet lepszy od Antka.

Teraz będę już w szóstej klasie. Jest ciemno i tato gwizda na palcach by Paweł wrócił do domu.

- Hanka gdzie on się podział!

- Nie wiem.

- A wy nic nie wita, gdzie poszedł?

- Nie, bo nie mówił.

Tato chodził i klął, że tyle synów a został się sam z dziurawcami a wypierdek, bo tak nazywał Mirka, jeszcze za mały.

Ta noc była koszmarem dla nich, mama myślała, że z chłopakami na stawy poszedł się kąpać i może coś się stało. Wtedy wstałam z łóżka i poszłam na pole, bo spać nie mogłam z tego napięcia. Wróciłam i powiedziałam, że jego nowych butów nie ma.

- Nie ma, może coś wymyślił cholernik i poszedł z Karolem do szkoły.

Mama sprawdziła i już wie, że jego rzeczy jest mało i że na pewno z Karolem zwiał – powiedziała mama.

- No i masz Pieter za swoje, były chłopaki i nie ma ich, sam teraz krzycz na samego siebie, bo oni słuchać ciebie już nie chciały.

Była późna noc, tato siedział przy stole, palił papierosa a po jego twarzy płynęła kropelka łzy.

Teraz już wiem, że wszystko co do tej pory mi uchodziło na sucho zmieni się bardzo, już nie mogę liczyć na Pawła, on mi nie pomoże, bo tato nie pojedzie do Wałbrzycha i nie przygoni Pawła do domu.

Koniec wakacji, do szkoły a po, trzeba robić w polu i teraz nawet tato nie opowiada, bo zmęczony robotą, idzie wcześnie spać, za to rano wstaje i słucha radia i tej swojej Jugosławii i nam nie daje spać, bo muzykę słychać w całym domu.

Mama zła i go wyzywa, a tato mówi że to go trochę uspokaja, bo żyć mu się nie chce.

- Tam poszedłbym na kiesztyny i piekli byśmy w ogniu, gdy pomyślę, to czuję zapach pieczonych kiesztynów i już mi lżej na sercu, a ta muzyka daje mi siłę na cały dzień.

No i teraz wiem że tato słucha tej swojej Jugosławii by chcieć żyć.

 

 

I tak mija czas jesieni.

Mama mówi by tato zboże zawiózł do młyna, bo może być prędko zima. Do tej pory tato z Pawłem jechał a teraz mama mówi że ja pojadę i co mam mówić, nie lubię koni ale jak trzeba to trzeba.

Kazio po pracy przyszedł i worki zaniósł na wóz, bo tatę bolą plecy, a Kazio mieszka na górze u ciotki Bielaczki, bo u nas nie chciał, by nie słuchać taty. On teraz ma swoją rodzinę, tak mówi.

Rano wcześnie tato już konie ze stajni zaprzągł no i czas na mnie.

Mama powiedziała – Pieter tylko tam nie krzycz, bo mogą cię zamknąć.

Ja ubrana ciepło siedziałam na worku z tyłu taty, mama dała mi jedzenie związane w chustce i herbatę w butelce.

- Pilnuj i korek dobrze wciskaj byś nie wylała.

Tato już wyjechał z podwórka, zdjął z głowy kapelusz i się przeżegnał i powiedział – chroń nas Panie Boże. Wero ty też się przeżegnaj. No i go posłuchałam, ale coś mnie podkusiło i powiedziałam do taty – Tato czy Bóg będzie nas chronił po tym jak ty go po Serbsku zawsze oklinasz?

Tato batem strzelił by konie pognać i powiedział – Bóg mnie stworzył i jestem takim bo nie mogę opanować w sobie nerwów, a za to co robię i mówię on sam mnie osądzi, bo jestem jego własnością, nigdy go się nie wyprę, pamiętaj o tym i też trzymaj się tego, co by się nie stało on czuwa nad nami.

Do Bolesławca zajechaliśmy dość prędko, tato pod młyn zajechał i w młynie załatwił a ja stałam już przy koniach, by nie ruszały wozem. Młode chłopy zniosły z woza worki a tato z batem poszedł na miasto. Mijał czas, było już po południu, konie były niespokojne. Wzięłam wiadro które wisiało pod wozem i wody z kranu młynarz kazał wziąć no i napoiłam bo pić im się chciało.

- A gdzie ojciec poszedł?

- Tato chyba las załatwić.

- Jaki las dziewczyno.

No bo tato bez pozwolenia las zasądził i teraz kary płaci, nie chcą zamiany zrobić, pisma które pisze nie czytają, bo on Jugol a tu Polska.

- Gdyby dziewczyno twój tato był mądry, to by już dawno to załatwił.

- Może dziś załatwi proszę pana.

- Teraz jest już tu potrzebny bo wszystko zmielone.

- A te chłopy nie mogą na wóz załadować tych worków z mąką, tato na pewno przyjdzie.

Po paru minutach były worki nasypane i zważone i już na wozie leżą, otręby też.

- Odjedziesz wozem sama?

- Ja nie umiem proszę pana.

Młynarz wziął za lejce i odjechał wozem dalej od młyna, bo traktor po mąkę przyjechał.

- To jak ty dziewczyno pojedziesz do domu, jak go zamkną, poszedł z batem, a takich nie lubią.

Patrzyłam na ulicę, którą tato poszedł i zobaczyłam wóz milicyjny. To może tatę wiozą. I to była prawda, do młyna przywieźli go milicjanty, no i dobrze że ja jeszcze nie dorosła, to mu podarowali i puścili wolnego, ale miał w kieszeni papier, że pola są zamienione.

- Tylko mamie nic nie mów, że milicja mnie wiozła.

- Nie powiem.

 

 

I dotrzymałam słowa, ale o tym napisałam w zeszycie i schowałam żeby tato nie przeczytał.

- Mamo napiszę do Pawła może przyjedzie na święta, tylko co tato mu powie, może go zatrzymać.

- Nie, tato już wie że świat się zmienia, a on na to nic nie poradzi, napisz by przyjechał – no i napisałam.

Są święta Bożego Narodzenia. Paweł przyjechał do domu i mi przewiózł jakąś dużą paczkę.

- To dla ciebie Wero no i Krysi też.

Jestem tak bardzo ciekawa co tam jest, że nie mogę przeciąć sznurka którym jest zawiązane.

- Co tam jest? - spytała mama.

- Skopałem kobiecie ogródek i ona dała mi te rzeczy po swojej córce, bo mówiłem że mam siostry w domu. Ja nie widziałem tego, bo ona to zapakowane mi do internatu przyniosła niedawno.

- Mamo patrz co tu jest, nawet babcia z Ameryki takich nie dostała.

- A skąd wiesz co dostała?

- Bo byłam i widziałam.

- I nic ci nie dała?

Tato był zdziwiony bardzo bo kiedyś to dawała, ale jeszcze żyła prababcia Skrzypek, to ona mi dawała sukienki.

- To wiem że babcia nieraz coś ci dała, teraz Winko do Węglińca chyba wywiezie i sprzeda.

- Tato jedziemy saniami do kościoła? Dziś będą kolędnicy kolędować przy stajence.

- No to się ubierać, na dworze jest mróz, ale nie wieje wiatr i konie wyczyściłem wczoraj, dzwonki też wiszą, możemy jechać.

- Paweł ja dziękuję ci za płaszcz i buty, są trochę za duże, to na drugi rok będę mieć.

Z Obola idzie cała grupa ludzi, ubrana w stroje, może jeszcze z Jugosławii, bo na nogach mają klompy i kolorowe wełniane skarpety. Jest diabeł i dwa anioły i ktoś gra na harmonii pod kościołem. Były zza rzeki Najdki, też ładnie grają.

- Tato możemy z Krysią iść na chóry?

- Ja z wami pójdę – powiedział Paweł.

I dopiero pierwszy raz byłam w kościele na chórach i wszystko widziałam z góry.

Kolędnicy kolędowali i śpiewali po Serbsku kolędę, gdy do domu wróciliśmy, to ciągle siedziało mi to w głowie. W pokoiku wzięłam zeszyt i zaczęłam układać wiersz.

Mama drzwi otworzyła i powiedziała – umyj talerze a nie już coś tam bazgrolisz.

Umyłam, a tato był bardzo ciekawy o czym piszę i to w święta, no i przeczytał, coś sam napisał coś skreślił i tak powstał wiersz kolędowy.

 

 

Kolędnicy idą.

 

Idą kolędnicy

Dzwonią dzwonkiem dźwięcznie

I śpiewają tam kolędę

Która będzie wiecznie

Echo w lesie im pomaga

I kolędę podpowiada

W leśnej głuszy dzięcioł stuka

I kolędy rytm wypuka

Jeleń ryczy gdzieś daleko

A trąbienie niesie echo

Bo kolęda lasem płynie

Idą wszyscy ku dziecinie

By tak jak w Bośni Jezuskowi pokłon złożyć

I kolędę mu zanucić

Tęsknią bardzo za tym krajem

Lecz nie mogą już powrócić

Idą idą po kolędzie

I śpiewają o swej doli

Tak im ciężko to zrozumieć

A z tęsknoty serce boli

W żłobie leży Jezus mały

Pełen troski boskiej chwały

Kolędnicy kolędują by mu było z nimi dobrze

I obsypał w dary szczodrze

Jezus do nich się uśmiecha

Świat jest jeden nad nim jedna z nieba strzecha

Jeden Bóg co błogosławi

I on życie wasze zbawi

 

A o Bośni zapomnijcie

I szczęśliwie w Polsce żyjcie.

 

 

- Tato czy dobrze napisane?

- Bardzo dobrze. Nie jestem tu w Polsce szczęśliwy, tylko sam Bóg wie o tym co w sercu czuję.

- No to powiedz tato, co to takiego siedzi ci głęboko w sercu.

- Nie dziś, może kiedyś ci powiem.

- Kolędowanie tato było tam takie też?

- Było, z okolicznych wsi gdzie Polacy mieszkali szły ludzie do nas na Miliewace i śpiewały całą drogę kolędy. Serby były złe, bo u nich był jeszcze post i zabroniły śpiewać po drodze, to ludzie w kaplicy śpiewali po polsku kolędy i dziękowali Bogu że żyją, bo za Polską tęsknili.

- Tato, niby wszystko tak samo ale inaczej, bo tam po polsku a tu po serbsku śpiewają, i do kiedy tak będzie?

- A kto to wie, umrą starzy to młodzi może nie będą śpiewać.

- Jak ja urosnę to nikt mnie nie zmusi, bym po jugolsku śpiewała w kościele, ale lubię słuchać jak śpiewają zza rzeki dziewczyny, tylko one trochę inaczej niż my tato.

- One po chorwacku śpiewają, bo nie wszyscy mieszkali tam gdzie Serby były i dlatego inaczej śpiewają. Są ludzie ze Słowenii i też inaczej śpiewają.

- Tato jutro Szczepana, pojedziemy do Wykrot saniami do Szczepana?

- Nie, bo do nas przyjdą po kolędzie nasi.

- Tato co roku przychodzą i tylko potem ta kolęda kończy się jakąś kłótnią o to co było w Jugosławii. Szczepan to twój syn i też może czeka, aż my do niego przyjedziemy po kolędzie, życzenia mu złożymy.

- Może on i czeka, ale co powiedzą moje siostry i brat gdy przyjdą a mnie nie będzie, że uciekłem z domu by im nie postawić kielicha.

No i już wiem, tatowi zależy tylko na tym co inni o nim powiedzą i chociaż tu nie jest wójtem tak jak w Miliewicach, ale nadal w sobie ma to ma i robi tak jak tam, na zebraniach się wstawia za wszystkimi i krzyczy na sołtysa, że nie wstawia się w gminie by coś komuś umorzyli bo biedę ma.

Mama nieraz mówi że ty Pieter nadal myślisz, że te ludzie to twoi a ty ich wójtem.

I tak się kończą święta i po Nowym Roku Paweł znów wyjechał do Wałbrzycha, tato nie krzyczał i zawiózł go saniami do Węglińca na pociąg.

 

 

Teraz we wsi mają ludzie już telewizory i w szkole też jest telewizor, tato nie kupi bo nie ma za co, ale do sąsiada nieraz idzie na dziennik i opowiada mamie potem jaka pogoda ma być.

Mama powiedziała tatowi, że to zima i do wiosny będzie a ludzie w tym telewizorze mówią głupoty by czas zapełnić gadaniem.

A ja już wiem że mama nie ma racji, bo uczę się o tym, ale nie będę się spierać, że to co mówią to prawda.

Czas szybko leci, już skończyłam trzynaście lat i pani w szkole mnie pochwaliła, że umiem szybko i bez błędów pisać dyktando – ja się staram bo chcę iść do szkoły – powiedziałam pani.

Zima zbliża się ku końcowi, a tato znów leży, nic nie robi i bardzo kaszel go męczy.

- Mamo może babcia ma jakieś zioła, by nie chodził tak tato po nocy, spać nie możemy.

- A czy ma na to jakieś zioła babcia, jego męczą sny, tak jak jego dziadka.

- Tato tak mówi?

- Tak i co na to mogą zioła poradzić. Śni mu się to wstaje i chodzi i myśli.

- A o czym myśli mamo?

- No, on ciągle jest tam, a nie tu.

- To straszne mamo, wiem, bo sama też mam sny gdy jestem chora.

Jest wieczór, tato leży i słucha radia.

- Tato dlaczego w nocy się tłuczesz po kuchni, spać nie możemy.

- Staram się cicho to robić, ale mi zimno to ogień palę i herbatę gotuję, ciepłego mi się chce.

- W pokoju piec ciepły i herbata stoi całą noc ciepła.

- Tak, wiem że ciepła jest do rana, ale jak tu siedzę to mija mnie to napięcie ze snu i uspokajam się.

- A co ci się śni?

- To co przeżyłem

- A co to tato, bo nie mówisz teraz o Jugosławii.

- We śnie się nagadam i nachodzę, to potem już mi się nie chce gadać.

- A co dziś w nocy ci się śniło?

- Co ty chcesz wiedzieć.

- Tato opowiedz jak możesz.

- Śniła mi się moja siostra Józefka.

- Ta co została tam?

- Tak.

- Mówiła coś tato?

- Krzyczała że się boi Turków a ja jej nie bronię.

- Tato a gdzie ciotka Józefka została w tej Jugosławii?

- Ona się wydała za Chorwata i wyjechała do Chorwacji, teraz to nie wiem gdzie żyje, nie mamy żadnej od niej wieści.

- A ja myślałam że mieszka w Bośni, a tam są muzułmany.

- Kiedyś jeszcze przed wojną, ja z maszyną jeździłem i młóciłem ludziom zboże, Józefka przecinała mi na maszynie snopki, a ja do gardła wpychałem, bo to było z Turkami takie straszne dla niej spotkanie.

- A jakie tato?

- Przez wieś turecką była droga i my tamtą drogą jechali z tą maszyną, ja konie poganiałem i szłem, a Józefka, Celestyn i Serb na maszynie siedziały, no a obok drogi stał meczet i wtedy Józefka zdjęła chłopakom czapki z głowy. Nie wiadomo jak ten ich chadza to zobaczył z tej ich wieży, zaczął się drzeć i po chwili Turków było wkoło nas dużo, z nożami, widłami, siekierami i nas zatrzymali, byłem ze strachu cały mokry, bo nie wiedziałem co się stało i ten ich chadza ściągnął Józefkę z maszyny na ziemię i chcieli ja zabić. Na szczęście żandarmy nadjechały na koniach i obroniły siostrę, bo nie wiem co by było. Już więcej nigdy nie miała tam być i to im przyrzekła, potem bardzo się bała a w nocy miała makabryczne sny i musiał stryj Józef zawieźć ją do mamy.

- A mama wasza gdzie była?

- Ona była daleko. Winko był z Baczki i tam ją zabrał po ślubie. No i woziły ją do Jajców i tam modliły się i to ją opuściło.

- A gdzie były te Jajce i co tam było?

- Tam stał się cud.

- Jaki tato?

- Kiedyś kaplica ze strony muzułmańskiej przepłynęła przez rzekę na stronę katolicką sama w nocy Świętego Jana i potem ten mały drewniany kościółek był w środku dużego kościoła. Ludzie szły z Bośni do tych Jajec z pielgrzymką na odpust i tam było wiele uzdrowień.

- A ciotka była potem w Miliewacach?

- Nie, bardzo się bała, poszła na służbę do Niemców i pisała do mnie listy, a jak żeśmy wyjechali do Polski nasz kontakt się urwał.

- Tato może ciotka chora jest i dlatego ci się śniła. Tato a Bośniaki to Turki?

- Nie, mają tą samą wiarę tylko. Ja kiedyś się zakochałem w Turczynce, byłem pewny że ona będzie moja, dla niej nawet wiarę bym zmienił.

- I co się stało tato?

- Umawiałem się z nią że ją porwę i ożenię się i jej ojciec nas złapał na tym gadaniu.

- Ale nic ci nie zrobił?

- Złapał mnie za ramię i wciągnął do pokoju gdzie na ścianie były dywany, a na nich wisiały dolary na złotych drucikach, jak trzasnął drzwiami, to te dolary pofrunęły jak ptaki do góry, a potem na stół wysypał szufladę pełną złota, kolczyki, dukaty, pierścionki, a ze szafy wyjął pudło a w nim był ślubny czepiec Mileny cały wyszywany złotą nicią a wkoło wisiały dukaty.

- I co było?

- Spytał mi się czy takie dobro Milena ma zostawić dla takiego gołodupca jak ja, a w dodatki katolika, pchnął mnie na korytarz ze schodami i powiedział, ona do ciebie nie zejdzie z tej góry, ale ty możesz siedzieć w tej piwnicy i nikt cię nie uwolni, bo tu jest moje prawo i mój dom, a ty Galicjanie po co tu żeś wlazł? Nie wiedziałem co mam mówić i tylko wydusiłem z siebie słowa, kocham Milenę.

Spojrzał na mnie a w jego oczach zobaczyłem łzy, otworzył drzwi na podwórko i wyrzucił jak psa, zapomnij że ona istnieje człowieku i zamknął drzwi, krzycząc że zabije jak zobaczy. Byłem mokry a wiatr zimny mnie owiał aż dreszcz po mnie przyleciał. Serb który ze mną woził drzewo do tego Turka, stał już na drodze z końmi, wsiadłem na wóz i pojechałem do Miliewaców a serce mi biło tak mocno, że czułem je przez skórę. Nigdy więcej Mileny nie widziałem, ale ten Serb mi mówił, że chadza ją uwięził w meczecie i ma do Turcji wywieźć ją.

Nieraz mi się śniła, czarne włosy kręcone i miodowe oczy, jaka była piękna, takiej już nie widziałem dziewczyny nigdy i myślę że wtedy ten chadza mi coś zrobił tak jak Józefce.

- A co tato?

- Mówiłem ci że wilki mnie chciały zjeść i siedziałem na cmentarzu całą noc.

- Tato to myślisz, że Turki znały coś takiego?

- Ja wiem, że one znały takie rzeczy, zrobić innemu krzywdę to dla nich nic takiego, katolik dla nich to wróg.

 

 

No i zbliża się wiosna, znów rzeka wylała aż do drogi, jest ciepło, a śniegu dużo, prędko się stopi, żeby tylko już nie było zimno. Rzeka szybko spłynęła z łąki a przy rzece jest takie wielkie bajoro i tam już żaby są, bociany do wsi przyleciały i chodzą po łąkach, no i przy tym bajorku jest parę.

- Tato co one tam łapią, czy tam są ryby?

- Może są, były tam jak my tu przyjechały nawet żółwie błotne, ale małe, a tam w bagnie koło Miliewaców były duże jak ten lawor, takie cholery złośliwe, że jak się wygrzewały z wiosny na kłodzie to przejść nie można było bo gryzły.

- To po co po tej kłodzie tato szedł?

- W zimie ludzie ścinały na tym bagnie olszyny na opał i z kępy na kępę jedna taka olszyna była ścinana, by można było przejść aby nie wpaść, bo to było takie bagno że aż wciągało, nie można było się ruszyć jak się wpadło, to te drzewa ścięte tam były cały czas, tamtędy można było latem przejść do młyna i było bliżej niż drogą. Ale jak na kłodach leżały żółwie to nikt nie mógł przejść, ale tylko to było na wiosnę, bo latem ich nie było widać.

- A tato tamtędy chodził?

- Tak, ale jak potwór mi zagryzła psa to już się bałem i drogą szedłem do młyna.

- Tato co to za potwór był?

- To był na dwa metry gad z szerokim łbem i miał dwie nogi z przodu i ogon z płetwą na końcu. Ja szłem do młyna, było lato i nasz pies leciał za mną, no i wtedy to go złapało i wlazło na kłodę i żarło mego psa, ja to cholerstwo zastrzeliłem, bo miałem pistolet przy sobie, ludzie chodziły to oglądać, po paru dniach leżał tam tylko szkielet, coś go obżarło, może żółwie, a może jeszcze coś gorszego. A jak byłem w wojsku to coś podobnego żołnierza zjadło całego, tylko trzewiki i stopy w nich zostały.

- A gdzie to tato był we wojsku?

- Byłem w Belgradzie, a tam przy Dunaju wojsko miało magazyny i więzienie tam było od rzeki. Łodzie do środka wpływały i po schodach do góry się szło, no i tam w jednym pomieszczeniu żołnierz był zamknięty, wody było w tym pomieszczeniu sporo i ten żołnierz tam stał za karę bo uciekł z jednostki z bronią i w nocy to wpłynęło tam i go zeżarło całego, było takie duże, że jak był spadek wody rano, to już leżało w tej piwnicy, nie mogło się ruszyć i też tego potwora dowódca zastrzelił i na dwa konie to wyciągali na podwórze.

- I co to było tato?

- Było to takie jak sum, ale miało też łapy z przodu i łuski jak u ryby duże, drobne zęby w paszczy, a ten żołnierz był cały w nim tylko wszystkie kości zmiażdżone, tak dowódca nam powiedział.

- Tato Dunaj to ogromna rzeka i przez parę państw płynie a w Rumunii jest wielkie rozlewisko tej rzeki, to tam może żyć jeszcze wieli dziwnych potworów.

- Na pewno żyje, ma się gdzie to skryć, a jedzenia pełno w rzece.

 

 

Czas płynie, rzeka jest już w regulacji, tato powiedział że tą wiosną powódź była dlatego że spuścili wodę.

- Tato na naszej rzece jest tama?

- Tak, koło zagajnika w lesie. Szkoda że rzekę oczyszczą, nie będzie gdzie ryb łapać. Ale już nigdy nie wyleje – powiedział tato.

W szkole wisi plakat, kino objazdowe będzie u nas z filmem „Kozara”. Ciotka Paulina powiedziała, że to chyba nie o tej kozarze z Jugosławii film, bo tego nie da się zrobić jeszcze raz, tam było piekło na ziemi i tato to samo powiedział, gdy o tym sam przeczytał na plakacie, jak był w sklepie.

- Kto był tam, to wie co tam było, a Paulina była, to zobaczymy ile prawdy Tito światu chce pokazać w tym filmie.

- Tato ja też idę ten film obejrzeć.

- Tak, a kto da ci na bilet.

- Na bilet mam, Paweł mi zostawił trochę pieniędzy, jak był na święta.

- A ja zawiozłem go Węglińca i na paczkę papierosów mi nie dał.

- Tato on jeszcze nie zarabia, uczy się, to Karol posłał bym sobie sukienkę kupiła, bo na urlop w lato ma przyjechać z dziewczyną.

- Nasz Drago ma dziewczynę?

- Tak, ona jest z Francji, ale też Polacy jej rodzice.

Tato ciągle mówi na Karola Drago, tak tam na niego mówili wszyscy.

- Tato jak on do domu przyjedzie z dziewczyną to nie mów na Karola Drago, bo może to się jej nie podobać.

- Jak będę mówił, nikt mi nie zabroni, a to nie obraźliwa dla niego nazwa, bo nie pozwolił bym by syna źle nazywały Serbki, bo to one tak go nazwały i tak zostało.

No i przyszedł czas, by ten film obejrzeć, bardzo byłam przejęta tym co zobaczyłam, nie mogę pojąć co się tatowi podobało w tej Bośni, same góry i kamienie, jak tam żyły nasi ludzie, a w tym filmie to naprawdę o czym ciotka mówiła piekło na ziemi, tyle zabitych ludzi i dzieci małe, płakały ludzie jak matka leżała zabita a dziecko przykrywało ją i mówiło że matka śpi.

Ciotka mówiła że w bunkrze w tej górze była z rannymi i dziecko tam płakało naprawdę, matka dała mu ssać pierś, by się uspokoiło a ich dowódca granat trzymał jak ten esesman dźgał z góry.

- Tato czy to prawda co pokazali w tym filmie?

- Prawda ale nie cała.

- Dlaczego?

- Bo tydzień trzeba było tych co zabili zakopywać, bo nie można było wytrzymać smrody.

- A byłeś tam tato?

- Byłem bo żandarmy ludzi pozbierały i się musiało zabrać łopatę no i zakopywać i to szybko, bo epidemia tyfusu już groziła.

- To musiało być straszne tato dla tych ludzi co tam były.

- Na pewno, tych co zostały przez Niemców złapane do obozu pognali na Sawę do Jesenowca.

- To te dzieci potem z stamtąd tato do domu przywiózł?

- Dzieci te z Kozary to chodziły po wsiach i tańczyły kolo takie smutne, jak to co w filmie śpiewały w tym lesie kobiety. U Kozary grób do groba, ten film przypomniał mi tą straszną wojnę, a i tak nie mogę spać, co teraz będzie mi się śnić?

- Może będzie dobrze tato, słowiki wieczorem śpiewają, majówkę też niedaleko to słychać.

- Tak, maj piękny miesiąc, a ja wspominam tamten czas i nie mogę się cieszyć.

- Tato popatrz, słońce zachodzi a ty taki smutny, dlaczego?

- Bo sobie przypomniałem że jak będzie maj i słońce na zachodzie, to będę myślał o tych dzieciach.

- O jakich dzieciach tato?

- O tych co do Gradyszki zawiozłem.

- A co naprawdę obiecałeś?

- Że będę patrzał na słońce o zachodzie i myślał o nich, a one miały robić to samo tam, dałbym wiele by zobaczyć jak one żyją i gdzie są i jak wyglądają.

To mnie samą zaskoczyło, bo nieraz widziałam tatę siedzącego pod ścianą na drabinie i patrzał jak słońce zachodzi, a dziś wiem o czym myślał wtedy i jaki powód jego smutku na twarzy.

 

 

Słychać granie na organce, to stryj Teofil gra.

I ten wieczór jest bardzo burzowy, pioruny strzelają gdzieś niedaleko, mama gromnice już zapaliła i stoi na oknie. Ja coś staram się zapisać, bo co mam robić, a to mnie uspokaja, bo nie lubię gdy burza jest blisko. Nagle jak nie błyśnie i trach, aż ziemia zadrżała.

- Tato to gdzieś u nas?

- Na pewno w lipę za drogą piorun strzelił - i to jest prawda, tato powiedział że dobrze że nie w tą co na podwórku rośnie, bo było by wiele szkód, ale i tej szkoda, bo jak kwitła to miodu dużo z niej pszczoły zbierały.

Było ciemno ale gdy burza poszła, tato i mama poszli zobaczyć co się stało i ja też byłam tego ciekawa. Lipa leżała aż w życie i na łące, a droga cała w gałęziach.

- Ale narobiło roboty i kto nam pomorze to sprzątnąć?

- Tato droga wspólna, to ludzie pomogą.

- Tak na pewno będzie.

- A nad lasem znów mamo się miga, nowa idzie burza. Tato wiedział że się boję i powiedział – ta lipa była tu najwyższa a teraz został ten dąb i w niego teraz będzie piorun mógł strzelić.

- Tato w tą na podwórku nie strzeli.

- Nie jestem pewny, bo zawsze w najwyższe strzela - i to mnie uspokoiło i poszłam spokojnie spać.

Po jakimś czasie lipa została sprzątnięta a drzewo ludzie rozebrały. Swak Kazimierz wziął trochę, będzie robił z tego klompy – tak mama mówi – te klompy z lipy ciepłe są w zimie i fajnie się w nich ślizga na lodzie.

- A skąd swak ma te narzędzia mamo.

- Z stamtąd przywiózł, bo w Bośni też dłubał te klompy.

- Tato, teraz tak jakoś pusto tutaj gdy lipy nie ma.

- Tak wiem i szkoda, pachniało gdy kwitła.

- Kiedyś przy naszym domu rósł duży buk, w niego piorun strzelił i wypalił dziurę w środku aż do ziemi.

- Tato tu było to?

- Nie, tam.

- I co było?

- Schowałem w tym buku pistolet, co tato przewiózł z Ameryki, bałem się go trzymać w domu, a wojna się zaczęła, naboi nie miałem bo wystrzelałem wszystkie.

- Tato to ten buk tam stoi, to kto wie czy ten pistolet tam jeszcze leży.

- Buk był wypalony ale nie usechł, dalej rósł i miał liście co roku.

 

 

Kilka dni układałam ten wiersz, dziś go skończyłam, w polu dużo pracy to i mało czasu wieczorem na pisanie.

 

 

Kiedyś to opowiem.

 

Piękny wieczór bo majowy

Obserwuję ja ten czas

Słońce chowa się za las

A słowiki tak śpiewają

że me myśli zakłócają

A pod krzyżem jest majówka

I śpiewają wprost do serca

Żeby wzruszył się niewierca

Stryjek mój na organce

też wygrywa serbskie tańce

Kolo stryju zagraj proszę

Niech swe myśli hen poniosę

Na te ziemie gdzie spoczęły me korzenie

Mego ojca wiele życia tam zostało

Chociaż tu jest jego miejsce

Tu mu czegoś ciągle mało

Ojciec siedzi na drabinie

Zasłuchany w brata graniu

Oczy błyszczą jak ogniki

w zachodzącym złotym słońcu

Tyle smutku ma na twarzy

O czym myśli o czym marzy

Może w myślach jest już w Bośni

Tam gdzie Werbas szybko płynie

Albo Miliewace lub Jurkowica

Jego myśli wciąż zakłóca

Łza mu spływa po policzku

Jak kropelka rannej rosy

Wiatr się zerwał i mu rozwiał siwe włosy

Cicho pytam

by nie skłócić takiej ciszy

Tato słyszysz

Burza do wsi skądś się zbliża

Śpiewu już nie słychać

Koło krzyża

Tylko psy się rozszczekały

Wstał powoli

Ręką plecy pomasował

I rękawem otarł twarz

Pozamykał drzwi do stajni

Spojrzał w niebo bez bojaźni

Które błyskawicą rozjaśniało

Chodź do domu

Zaraz chyba będzie lało

Wieczór ciemny i burzliwy

Moje myśli jak ta burza

Po mej głowie się kołaczą

Nigdy więcej takiej sceny

Moje oczy

Z życia ojca nie zobaczą

Biorę pióro i opiszę

Aby znaleźć w sercu ciszę

Bo to co teraz

Ojcu chodzi po głowie

Przyjdzie na to czas

I mi to opowie.

 

 

Koniec roku szkolnego.

Czas wakacji, jagody obrodziły w lasach, to całymi dniami jesteśmy w lesie, tato wozi nas wozem aż za wieżę i po nas przyjeżdża. Paweł do domu przyjedzie dopiero na sierpień, bo ma w kopalni praktykę – tak pisze w liście.

Dobrze że w żniwa będzie, to pomoże snopki zwozić. I tak teraz jest w domu, siano już jest na stajni, ale chłopakom teraz za jagody sprzedane mama płaci. Ja chcę nową sukienkę, bo tę co mam nieładna, na odpust w niej była ubrana Marysia, ona jest grubasek, to tylko skróciła ją mama. Mama obiecała że na dożynki mnie i Krysi kupi nowe i kolorowe, bo teraz takie noszą dziewczyny.

Paweł był a nami na zabawie dożynkowej, było ładnie ale krótko. Tato mówi że za wcześnie jeszcze dla nas.

- Ale do roboty to już możemy – powiedziałam tatowi.

Krysia lubi konie i często jeździ z nim w pole, teraz po żniwach robi podorywkę sama, a ja lubię w domu gotować.

Tato powiedział że w Jugosławii dziewczyny szybko za chłopaków się żeniły i powiedział że jego mama Rozala starsza jest od niego tylko szesnaście lat, a wdową została gdy miała trzydzieści cztery i nic już nie użyła – to wy obie nie paczta już za chłopakami.

- Tato o czym mówisz, my do szkoły chodzimy i mamy czas na chłopaki.

Mama śmiała się – Pieter to nie Jugosławia, tam było tak inaczej niż tu, przyszłeś do mnie dwa razy i na ślub dałeś w kościele, to było wtedy takie głupie, ale tak miało być, dzieci rodziłam i robiłam sama wszystko. Ty zawsze coś załatwiałeś i nigdy nie chciałeś nic robić, Serbki pomagały mi w polu, a w domu sama, po ślubie zabrali cię do wojska a ja dom z tatą budowałam i glinę dreptałam w dole ze słomą na oblepienie domu przed zimą, wróciłeś na gotowe i przestań wracać ciągle tam, bo mnie to boli i wkurza, że nic cię nie obchodzi, ale tamto siedzi ci na języku. Zamiast w polu robić, to ty pod sklepem siedzisz i gadasz, a Krysia gania za kultywatorem po ściernisku.

- Byłem w sklepie po papierosy i nie siedziałem długo i ludzie mówią że znów złodzieje konie kradną w okolicy.

- I co z tego.

- Trzeba pilnować koni, młode i zdrowe to szkoda by było.

- Całymi nocami chodzisz, to pilnuj.

- A pamiętasz Hanka jak mi Widrę ukradli?

- Tato tego konia ze Słowenii miałeś?

- Widra była córką tej kobyły, była taka ładna, krasa i mądra. Czekałem na prom, by Sawę przepłynąć, było zimno i wtedy ukradł mi złodziej ją, a została przy wozie Mala. Pięć miesięcy nie widziałem Widry, wiosną we wsi gdzie były Chorwaty zobaczyłem Widrę i to zgłosiłem żandarmom i oni nie chciały mi wierzyć że to mój koń, a ja powiedziałem że ją zawołam a potem zagwizdałem, ona była wolna bez uprzęży i zarżała i przybiegła do wozu i tak ją odzyskałem, a te to takie tępe, niczego nie nauczą się.

- Gdyby umiały mówić, toby ci powiedziały jaki z ciebie gospodarz teraz. On ciebie kiedyś zastąpi – i mama pogłaskała Mirka po głowie.

 

 

Było słychać brzęczenie muchy za firanką.

- Tato popatrz jaki wielki pająk – Krysia powiedziała – ona się boi pająków, ja nie.

- To ma być wielki pająk, muchę złapał większa od siebie – powiedział tato - ja to widziałem o takiego, jak mój kapelusz.

- Kłamiesz tato, takie pająki w Europie nie żyją, są może w dżungli, a tam tato nie byłeś.

- Ja widziałem na własne oczy tego pająka, miał długie włochate łapy i łeb z wielkimi oczami jak złotówka.

- A gdzie tato go widziałeś?

- Byłem w wojsku i z koszar był wymarsz do Kosowa, szło nas kilka drużyn, byliśmy w górach i tam przy rzece był postój, by się umyć i wyprać sobie rzeczy. Żołnierz z mojej kompani zobaczył rozplątaną dużą pajęczynę między drzewami, a w niej ptak nieżywy. Dowódca dał rozkaz by znaleźć tego pająka, ale nie było go nigdzie, ktoś złapał turkawkę i do tej sieci położył i wtedy ten pająk wylazł z dziury pod kamieniem, cały włochaty, ciemne sterczące szczeciny, jak na dziku. Turkawkę ugryzł i owinął w pajęczynę. Koszykiem go nakrył żołnierz, a dowódca go zagazował i rozwiesił na gałęziach leszczyny, pająk był jadowity, tak mówili.

- Tato w książkach się nie pisze, że w Jugosławii są takie pająki.

- Nie piszą bo nie wiedzą, a jednak są, bo widziałem, widziałem też mieszkania w skale wykute przez ludzi i tak żyją one do dziś. Czy w książkach piszą jak Serby w Kosowie wybiły Turków, a piszą dlaczego Polacy tam były i nikt dokładnie nie wie jakie tam są ciekawe miejsca ukryte przed światem. Niedaleko nas był tunel wybudowany bardzo dawno przez jakiegoś króla, ale po co on był, nikt dokładnie nie wiedział, może to było jakieś zabezpieczenie w żywność, w takim miejscu można trzymać warzywa i owoce, albo się schować przed najeźdźcą. A Turki ciągle do Jugosławii przychodziły i zabierały młode ładne dziewczyny do haremów.

- To tam żyć było bardzo niebezpiecznie.

- Tak było, ale jak bym mógł wrócić z powrotem, wtedy jak my tu przyjechali, to bym wrócił.

- Tak, tak pamiętam Pieter jak cię zabrali ze stacji ubeki i dostałeś parę pał i uspokoiłeś się i już nie byłeś pewny, że pożyjesz długo, bo nastraszyli cię.

- Tato ubeki cię biły, teraz już ich nie ma.

- Tak ubeków nie ma, jest milicja, ale nic to nie zmieniło, bo te ludzie żyją nadal i u władzy są.

- A co ci powiedziały tato?

- Powiedziały że lasy tu duże, to tylko wiatr będzie wiedział gdzie jestem i dali nam tę wieś gdzie wszędzie daleko i lasy wkoło, a jak nas tu przywiozły, to jeden z ubeków powiedział mi, że tu jest bardzo dobre miejsce w lesie, jak będę chciał, to mogę tam pójść.

- O jakie miejsce mu chodziło?

- O ten lagier w lesie, tam było sporo ludzi z Jugosławii.

- A skąd tato wie, że tu były?

- Wiem bo do naszej wsi wróciły stad Serby i mówiły o tym obozie i o tych fabrykach, no i o bunkrach co Ruscy koło Ruszowa zbombardowali.

- To tu to wszystko tato jest?

- Tak tu blisko nas i dlatego tu mi się nie podobało i nie podoba, a żyć muszę dalej.

No i teraz wiem dlaczego tato taki jest i mnie to nie dziwi, przeżył wiele złego w swoim życiu, a co go jeszcze czeka, to sam Bóg wie.

Mama mówi, że starczy tego pisania, czasu dużo tracę na to, a lepiej jakąś książkę przeczytać.

I tak się kończy mój rozdział pisania tego co tato opowiada, schowam to by zostało na potem, żeby nikt tego nie zniszczył i tak to wszystko zwinęłam i wsadziłam do dętki od motora, związałam na końcach drutem mocno i schowałam pod dachem na strychu.

 

 

Dziś jest grudzień siedemdziesiąty ósmy rok,

Listonosz przeniósł mi telegram w południe i już wiem że tato umarł, jakby mnie prąd przeleciał, bo wczoraj mi się śnił.

Gdy stanęłam przy jego trumnie, coś we mnie aż podskoczyło i mi się przypomniało jak kiedyś to powiedział, że w jego piersi uwięziony siedzi ptak, już nie śpiewa bo radości jest mu brak, kiedy umrę to otworzy się ta klatka i wypuści tego ptaka i polecę do swej kuci i zaśpiewam że powróciłem do tego za czym tęskniłem.

Tato czy to tak się stało i już tam jest twój ptak, ty w to wierzyłeś i na pewno to teraz masz.

Ścisnęłam rękę ojca i powiedziałam – z Bogiem tato, niech Pan Bóg ci wybaczy twoje winy i da ci to za czym tęskniłeś. Poszłam na strych i wzięłam to co schowałam kiedyś, to na pewno spiszę w jeden zeszyt, by to było dla moich bliskich, żeby wiedziały o tobie tato, tyle ile ja wiem o swoim dziadku i pradziadku i twojej tęsknocie za Jugosławią.

 

Pięćdziesiąt lat minęło jak jeden dzień, a świat zmienił się dla mnie ogromnie, to co w moim życiu było kiedyś bardzo ciekawe, dziś jest wspomnieniem.

Gdy jadę do tej wsi, gdzie się urodziłam, to wydaje mi się taka pusta, bez tych ludzi i o tej wsi ten wiersz.

 

 

Moja wieś

 

Gdzie ta wieś – moja wieś

Co po nocach mi się śni

Tam śpiew ptaków prawie nie milkł

Sen zakłócał ryk jeleni

 

Gdzie są ludzie?

Co tęsknotą malowali swoje ciało

Chociaż tu im żyć przypadało

To wciąż Bośni brakowało

 

I śpiewali o niej pieśni

I tańczyli serbskie kolo

Nie słyszałam nigdy słowa

Że od Bośni Polskę wolą

 

Teraz starszych prawie nie ma

Ich okryła Polska ziemia

Moja wieś teraz milczy

I po polsku mówią wszyscy

 

W mojej wsi miło było

Bo wśród swoich mi się żyło

Wieczorami echo niosło

Pieśni smutne bo jugolskie

W dzień życie się toczyło

Dla nich ciężkie ale polskie.

 

I tak moi kochani kończę ten zeszyt z opowiadaniami, które słyszałam w domu rodzinnym.

 

 

Wera